RSS

Zaginięcie kupca Bartłomieja

Liczba odsłon: 151

W za­miesz­czo­nym dwa dni te­mu wpi­sie do­ty­czą­cym za­paś­ci na ryn­ku opro­gra­mo­wa­nia edu­ka­cyj­ne­go wspom­nia­łem o tym, że w cza­sach „kom­pu­te­rów, któ­re mia­ły du­szę” pi­sa­nie pro­gra­mów by­ło prost­sze i zaj­mo­wa­li się tym fas­cy­na­ci róż­nych dzie­dzin, nie­ko­niecz­nie in­for­ma­ty­ki. Dzisiaj chciał­bym wspom­nieć o jed­nym z ta­kich pro­gra­mów, tym cie­kaw­szym, że naj­wy­raź­niej za­gi­nio­nym w od­mę­tach his­torii in­for­ma­ty­ki.

W 1986 ro­ku re­dak­cja no­wo po­wsta­łe­go mie­sięcz­ni­ka in­for­ma­tycz­ne­go „Komputer” ogło­si­ła kon­kurs na sce­na­riusz pro­gra­mu edu­ka­cyj­ne­go z dzie­dzi­ny his­torii oraz wy­ko­na­nie ta­kie­go pro­gra­mu. Rok póź­niej wy­bra­no już czte­ry sce­na­riu­sze, a po ko­lej­nych dwóch la­tach, w lip­cu 1989 ro­ku, zam­knię­to kon­kurs.

Jednym z na­gro­dzo­nych pro­gra­mów był twór na­sto­lat­ka, ucz­nia za­fas­cy­no­wa­ne­go naj­wy­raź­niej i his­to­rią, i in­for­ma­ty­ką — Michała Lewan­dow­skie­go. „Podróże kup­ca Bart­ło­mie­ja” to kom­pu­te­ro­wa reali­zac­ja te­stu, obu­do­wa­na war­stwą fa­bu­lar­ną i zręcz­noś­cio­wą i reali­zu­ją­ca za­sa­dę „ucz ba­wiąc”. Z jed­nej stro­ny pro­gram wy­da­je się być dość pros­ty, z dru­giej — ilość ma­teria­łu wy­ko­rzys­ty­wa­ła do gra­nic moż­li­woś­ci ZX Spec­trum. Można po­wie­dzieć, że by­ła to w pew­nym sen­sie pol­ska od­po­wiedź na The Oregon Trail, ukie­run­ko­wa­na na edu­ka­cję i do­sto­so­wa­na do wy­mo­gów pro­gra­mu nau­cza­nia his­torii w szko­łach śred­nich.

Ekran z gry „Podróże kupca Bartłomieja”

„Podróże kup­ca Bart­ło­mie­ja” sta­no­wią do­bry do­wód te­zy, że sprzęt o ma­łych moż­li­wo­ściach, w któ­re­go przy­pad­ku po­mysł i za­ba­wa li­czy­ły się bar­dziej niż gra­fi­ka i dźwięk, da­wał więk­sze szan­se za­pa­leń­com i ama­to­rom. Dziś moż­li­woś­ci są o wie­le więk­sze i za­miast do­pa­so­wy­wać się do kom­pu­te­ra, mo­że­my do­wol­nie rea­li­zo­wać wszyst­kie po­mys­ły. Niestety, wy­ma­ga to o wie­le więk­sze­go na­kła­du umie­jęt­no­ści, cza­su, pra­cy i pie­nię­dzy.

Niestety, nie jes­tem w sta­nie oce­nić dzi­siaj gry ani na­pi­sać o niej nic wię­cej, niż moż­na do­wie­dzieć się z dwóch ar­ty­ku­łów za­miesz­czo­nych w cza­so­piś­mie „Komputer”. Program, ma­ło po­pu­lar­ny i zna­ny tyl­ko w Polsce, nie był zbyt sze­ro­ko ko­pio­wa­ny, nie zo­stał w po­rę zar­chi­wi­zo­wa­ny i być mo­że za­gi­nął na zaw­sze. Zapytanie Google o ty­tuł gry zwra­ca­ło w dniu pi­sa­nia te­go wpi­su trzy wy­ni­ki, w tym je­den pro­wa­dzą­cy do moich włas­nych ar­chi­wów mie­sięcz­ni­ka „Komputer”, cy­to­wa­nych po­wy­żej.


Kiedyś wystarczył dobry pomysł połączony z podstawową wiedzą na temat programowania w języku BASIC. I oczywiście chęci. Sam popełniłem kilka bardzo prostych gierek tekstowych na Commodore 64. Obecnie młodzi mają o wiele większe możliwości tworzenia własnych aplikacji, tylko może brakuje pomysłów i zapału?
O wiele większe możliwości, ale jest też o wiele trudniej. Wykorzystanie lepszej grafiki wymaga sporych umiejętności plastycznych. Stworzenie dźwięku to więcej niż melodia, już trzeba w zasadzie mieć muzykę na poziomie komercyjnym.
Zapału też pewnie brak. Mam doświadczenia z kołami naukowymi na uczelni: naprawdę trudno jest znaleźć osoby, które w wolnym czasie chcą realizować jakieś projekty. Tym bardziej, że studenci informatyki zaczynają obecnie pracę bardzo wcześnie.
Pomysłów wciąż jednak nie brak, tylko natrafiają chyba na mur braku zapału, umiejętności oraz coraz wyższych wymagań stawianych oprogramowaniu.