Edukacja informatyczna w Polsce

Liczba odsłon: 24

W początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia pojawiła się nowa generacja tanich, małych, szeroko dostępnych i wcale nie tak nieprzydatnych domowych komputerów osobistych. Pierwszymi tego typu maszynami były ZX-80 i ZX-81 zaprojektowane przez sir Clive'a Sinclaira i choć ich możliwości z dzisiejszej perspektywy odpowiadają raczej prostym kalkulatorom programowalnym, położyły podwaliny pod szeroką mikrokomputeryzację życia.

Ich dzieło kontynuowały kolejne modele tego samego twórcy, komputery z serii ZX Spectrum. Szybko na rynku pojawiły się też konstrukcje konkurencji spod znaków Atari, Commodore, Amstrad, Schneider i wielu innych, mniej lub bardziej znanych. Lata 1980—1985 należały bezdyskusyjnie do domowych mikrokomputerów ośmiobitowych, doskonałych do zabawy lecz pomocnych też – po rozszerzeniu konfiguracji o stację dysków i drukarkę – w realizacji poważniejszych zadaniań.

Również do Polski dotarł ten szał. Lata 1985 i 1986 to nagłe pojawienie się popularnych czasopism informatycznych, między innymi BajtkaKomputera. Młodzi ludzie szaleją na punkcie gier komputerowych, organizują giełdy sprzętu i programów omijając wszelkie możliwe przepisy i korzystając z braku prawnej ochrony oprogramowania, zaś wielu próbuje swoich sił w programowaniu, zaczynając zazwyczaj od wbudowanego w ich „maszynki” interpretera języka BASIC, a kończąc nierzadko na asemblerze.

W tej atmosferze powstają również pierwsze plany wprowadzenia edukacji informatycznej do polskich szkół. Temat ten jest regularnie poruszany w prasie komputerowej: szczególnie Komputer zwraca swoimi felietonami, reportażami i konkursami uwagę na potrzebę wprowadzenia do szkół zunifikowanego sprzętu komputerowego i jednolitego programu nauczania informatyki, Bajtek zaś celuje raczej w chęć samokształcenia się młodzieży i prowadzi podstawowe kursy programowania w wielu językach, w szczególności w BASICu i w LOGO.

Początkowo informatyzacja szkół miała zostać oparta na przestarzałych już „mikrokomputerkach” ZX-81 lub nieznacznie nowocześniejszych ZX Spectrum, zwyciężyła jednak chęć produkowania rodzimego sprzętu. Z jednej strony wtedy wszystko starano się produkować „u nas” lub w państwach zaprzyjaźnionego bloku, z drugiej — w chorych warunkach gospodarczych import komputerów (nawet tanich, wychodzących już z produkcji) za dewizy mógłby być nierealizowalny. W efekcie ogłoszono konkurs na mikrokomputer szkolny od początku projektowany z myślą o uczniach (podobną drogą poszła też kiedyś Wielka Brytania, zamawiając komputery serii BBC Micro) i produkowany w całości z części rodzimych lub produkcji krajów RWPG. Jego zwycięzcą został ELWRO 800 Junior.

Program komputeryzacji szkół opierał się na popularnych wówczas założeniach, zgodnie z którymi należało w podstawowym stopniu uczyć ogólnych zasad działania i wykorzystywania komputerów, a skupiać się na prezentowaniu możliwości programowania tych maszyn tak, aby wykonywały dokładnie specyficzne zadania przed którymi można stanąć i w których komputer powinien pomagać. Wielka różnorodność sprzętu i oprogramowania praktycznie wymuszała taki zakres materiału: nie miało sensu przygotowywanie uczniów do obsługi konkretnych programów, gdyż niemożliwe było przewidzenie nie tylko nazwy programu, którego używać będą w zakładzie pracy (jeżeli w ogóle będą), ale nawet modelu komputera, który będą zmuszeni obsługiwać. Zasady i języki programowania są jednak uniwersalne, stąd nacisk na tę stronę wykorzystania komputera.

Piano również nad niesamowitymi możliwościami otwierającymi się przed nauczycielami wszystkich przedmiotów. Komputer wraz z właściwym oprogramowaniem mógł uatrakcyjnić lekcję, zdjąć z nauczyciela konieczność powtarzania niektórych zagadnień aż do skutku, przeprowadzić test lub efektowną grafiką i dźwiękiem zilustrować „przerabiany” temat. Mógł być przydatny nawet na lekcji języka polskiego czy historii, a nie tylko informatyki, matematyki czy fizyki. Dawał możliwość przeprowadzenia symulacji zjawisk, których normalnie zasymulować się nie dało lub nikomu nie chciało. Inna sprawa, że takie „popularne”, całkiem sensowne (mimo wątpliwych wtedy możliwości multimedialnych) wykorzystanie maszyn nie zostało nigdy w pełni zrealizowane.

Program ELWRO 800 Junior spalił na panewce. Komputery te, zaprojektowane jako zgodne z ZX Spectrum oraz potrafiące pracować w systemie CP/J wzorowanym na CP/M, były niskiej jakości, ciągle się psuły, a ich oprogramowanie sieciowe (stacje dysków były bardzo drogie, więc oszczędności szukano w ich współdzieleniu w ramach sieci szkolnej) ciągle się zawieszało. Ministerstwa nie chciały kupować wadliwego sprzętu, zakłady ELWRO nie miały dewiz na zakup lepszych materiałów, prace modernizacyjne i testy sprzętu w warunkach szkolnych przeciągały się niemiłosiernie i w efekcie w roku 1989, gdy wszystkie komputery ośmiobitowe stały się przestarzałe a w powszechnym domowym użyciu zaczęły się pojawiać Atari ST, Amigi i IBM PC, ELWRO nadal obiecywało wyposażenie szkół w archaiczny już sprzęt. Tę beznadziejną sytuację uratowała dopiero zmiana systemu politycznego i gospodarczego, skazująca ELWRO na bankructwo.

Dzisiaj problem różnorodności sprzętu i oprogramowania stracił na znaczeniu (choć trudno powiedzieć, by było to zjawisko o wyłącznie pozytywnych cechach). Szkoły różnymi sposobami (choć raczej przez własne działania i sponsoring, a nie przez centralnie sterowane konsekwentne akcje) wyposażane są w nowoczesne komputery standardu PC, łączone w sieci i podłączone do Internetu. Niesamowite możliwości sprzętu ograniczają zjawisko moralnego starzenia się komputerów i umożliwiają wieloletnią relizację wybranego programu nauczania. Jak jednak w XXI wieku wygląda nauczanie informatyki w polskich szkołach?

Praktyczność nakazuje, by uczono tego, co przyda się wszystkim. Zrezygnowano zatem w olbrzymiej większości przypadków z nauczania programowania, skupiając się na prezentacji sposobów wykorzystania komputera w pracy. Tutaj nauczycieli i uczniów wspiera monopolizacja rynku, gdyż wyuczenie na pamięć obsługi Windows, Worda i Excela pozwala opanować podstawowe umiejętności potrzebne w zinformatyzowanym biurze bez konieczności rozumienia tego co się uczy i czego się uczy.

Bardzo różnie wygląda nauka podstaw informatyki. W niektórych szkołach temat ten jest poruszany wyjątkowo sensownie i uczniom prezentowane są podstawowe bloki funkcjonalne komputera i najważniejsze informacje teoretyczne, na przykład o jednostkach miary stosowanych w informatyce czy o historii rozwoju komputerów. W innych jednak nacisk na część teoretyczną jest zbyt wielki a uczniów męczy się schematami blokowymi mikroprocesorów czy algorytmami podstawowych działań na liczbach zapisanych w systemie binarnym. Nic tak nie zniechęca jak konieczność rozumienia na przykład zasad działania pamięci podręcznej mikroprocesora (które to zagadnienie dokładnie znają tylko nieliczni, a nawet im ta wiedza potrzebna jest raczej rzadko) i tłumaczenia ich w czasie odpowiedzi lub na kartkówce. W efekcie uczeń nie tylko nie wie nic na temat pamięci cache, ale pewnie też nie odróżni bitu od bajtu, nieprawidłowo zapisze skrót jednostki „kilobajt” i nie odpowie na pytanie „co to jest zestaw znaków ASCII”.

Rezygnacja z prezentowania podstaw programowania powoduje, że coraz mniej osób zajmuje się tym najbardziej fascynującym sposobem zaprzęgania komputera do pracy. Kiedyś w odpowiedzi na konkurs Micro Historicus ogłoszony przez redakcję miesięcznika Komputer przychodziły dziesiątki naprawdę niezłych programów edukacyjnych pisanych głównie przez osoby będące z zamiłowania historykami, a programujące tylko „przy okazji”; dzisiaj programowaniem zajmują się głównie informatycy rzadko mający na tyle szeroką wiedzę i umiejętności w innych dziedzinach, by móc samodzielnie tworzyć gry i programy edukacyjne, wymagające solidnej dawki encyklopedycznych informacji, wiedzy o sposobach skutecznego nauczania oraz zdolności artystycznych potrzebnych do stworzenia atrakcyjnej oprawy dźwiękowej i graficznej programu.

Kilkanaście lat temu uważano, że rolę edukacjnego języka programowania na poziomie szkół podstawowych i średnich spełni LOGO. Język ten pozwalał na programowanie językiem prawie naturalnym (powstawały nawet odmiany lokalizowane, na przykład Polskie LOGO) z silnym akcentem na zastosowania graficzne (grafika żółwia) oraz listowe struktury danych. Dzisiaj takim powszechnym językiem „programowania” stał się HTML, umożliwiający każdemu – informatykowi, biologowi, humaniście – prezentację swoich osiągnięć w światowej sieci komputerowej, a w połączeniu z bazą danych i językami typu PHP stworzenie prywatnej lub ogólnodostępnej bazy wiedzy. Niestety, nauczanie języka HTML w szkołach również jest wyrywkowe i pamięciowe, bez wskazania zastosowań mogących być motywacją do zgłębienia tego nie tylko użytecznego środka prezentacji, ale też świetnego sposobu zarabiania na życie.

Również tam, gdzie uczy się tylko Worda i Excela trudno znaleźć logikę. Często zajęcia z informatyki ograniczające się do tych dwóch programów wpadają w pułapkę pamięciowego nauczania rzeczy bezsensownych, takich jak silne wykorzystywanie makroprogramów czy wszystkich możliwości formatowania tekstu. W rzeczywistości można niezwykle sprawnie korzystać z tych programów nigdy nie uruchamiając mechanizmu makropoleceń, zaś przy formatowaniu tekstu ważniejsze jest zwracanie uwagi na korzystanie z elementów automatyzujących pracę i samodzielnie rozmieszczających tekst (tabulacja, łamanie szpalt i stron, wykorzystanie arkuszy stylów) niż na narzędzia do wybiórczej zmiany czcionki i wyrównania akapitów. Przy takim kursie obsługi narzędzi służących później w pracy przydałoby się również kilka zdań o estetyce elektronicznych dokumentów i zwracanie uwagi na elegancję języka, jaki jest w nich używany, gdyż zdecydowanie zbyt często widuje się teksty i arkusze łamiące zasady składu dokumentów oraz rozmowy na internetowych czatach i grupach dyskusyjnych kaleczące język polski.

W dobie powszechnego dostępu do Internetu, często już szerkopasmowego i stałego, najprzydatniejsze dla młodych ludzi lekcje powinny dotyczyć wykorzystania zasobów Sieci oraz bezpiecznego i wydajnego poruszania się w niej. Nie wystarczy bowiem tylko znać adresu http://www.google.pl/ by szybko znajdować potrzebne informacje; należy też wiedzieć jakie wprowadzić zapytanie i jak sklasyfikować wyniki wyszukiwania. Nawet tylko korzystając z przeglądarki WWW oraz Gadu-Gadu (co najwyraźniej sporej grupie internautów całkowicie wystarcza) należy wiedzieć jak skonfigurować system operacyjny i jakie wybrać oprogramowanie, by surfowanie było szybkie i bezpieczne. Właśnie bezpieczeństwo powinno być tematem przewijającym się nieustannie na lekcjach, gdyż w erze sieciowego terroryzmu (wirusy, konie trojańskie, sieci zombie wykonujące rozkazy rządzącymi nimi crackerów) nie wolno ignorować możliwości wtargnięcia „obcego ciała” na domowy komputer nawet, jeżeli nie ma na nim żadnych wartościowych danych — zainfekowana maszyna po prostu szkodzi wszystkim innym. Przy omawianiu innych usług – peer to peer (nie wolno próbować ich ignorować), poczty elektronicznej, serwisów WWW – powinno się też uczyć zasad sieciowej etykiety, aby nikt na przykład nie próbował przesyłać wielomegabajtowych plików na skrzynkę e-mail.

W latach 1985-1990 starano się dostosować do zmiennych warunków poprzez uczenie idei, a nie programów. Dzisiaj można już uczyć konkretnych programów, lecz nie wolno zapominać o ideach. Ktoś, kto zrozumie ideę tworzenia dokumentów tekstowych w Wordzie czy arkuszy kalkulacyjnych w Excelu bez problemu wykorzysta w swojej pracy pakiet OpenOffice.org, podczas gdy osoba ucząca się na pamięć do kartkówki będzie tylko bezmyślnie wciskała zapamiętane kombinacje klawiszy i pogubi się nawet przy pracy z nowszą wersją tego samego programu. Uczeń, którego zachęci się do korzystania z systemu pomocy oprogramowania nawet w czasie trwania testu lub odpowiedzi poradzi sobie pewnie również z nieznanymi mu problemami napotkanymi w przyszłości, podczas gdy ten, który musi się nauczyć wszystkiego na pamięć i nie może korzystać z należnej mu jako użytkownikowi programu pomocy pewnie i tego, czego się uczył nie będzie już po chwili pojmował, a w przyszłości nie będzie wiedział w jaki sposób samodzielnie poszukiwać rozwiązania napotykanych problemów.

Nie każdy musi być programistą, choć wiedza o tym, do czego można zmusić komputer własnym programem pozwala często zaoszczędzić czas spędzony na poszukiwaniu gotowego programu realizującego konretne zadanie. Wygląda jednak na to, że obecnie na informatyce znają się w stopniu umożliwiającym jej twórcze stosowanie tylko zapaleńcy, dla których od najmłodszych lat jest to jedyne hobby. Chyba tylko liczbie tych zapaleńców można zawdzięczać fakt, że Polska wciąż jest podziwiana za wybitne umiejętności pochodzących z niej informatyków, gdyż trudno szukać w szkołach zachęty do poświęcenia się karierze „komputerowca”. Brak jest choćby powstających kiedyś jak grzyby po deszczu kółek komputerowych, zrzeszających młodzież zafascynowaną nie tylko grami (choć trudno zaprzeczyć, że często te kółka były jedynym sposobem, by zagrać w gry na komputerach nieobecnych wtedy jeszcze w domach), ale też pisaniem własnych programów, choćby były jak najprostsze.

Czy są szanse na reformę oświaty w zakresie edukacji informatycznej? Pewnie takie jak w pozostałych zakresach, czyli nikłe. Niewielu jest wykwalifikowanych nauczycieli przedmiotów informatycznych (dotyczy to głównie szkół podstawowych i średnich), są oni źle opłacani, a uczniom nie chce się uczyć czegoś, co będzie przydatne dopiero w pracy zawodowej, a nie podczas codziennej zabawy przy komputerze z wykorzystaniem Dooma, Gadu-Gadu i Internet Explorera. W efekcie programy nauczania są mało interesujące, co tym bardziej pogłębia niechęć uczonych.

Nieco lepiej wygląda wykorzystanie komputerów na uczelniach wyższych. Szczególnie kierunki techniczne celują w praktycznym wykorzystywaniu komputerów w obliczeniach, symulacjach i wspomaganiu codziennej pracy. Specyfika naszych czasów wymaga jednak, by nawet ci, którzy zdecydowali się zakończyć swoją edukację na poziomie szkoły średniej byli w stanie radzić sobie w świecie informatyki. Im zaś wcześniej zacznie się pokazywać, że z pomocą komputera można zrobić naprawdę rewelacyjne rzeczy nie tylko dla siebie, ale też użyteczne wielu innym ludziom i w im bardziej interesujący sposób będzie się to robiło, tym więcej chętnych znajdzie się, by wciąż utrzymywać i rozwijać potencjał Polski jako informatycznego zagłębia Europy, do którego to miana mamy wielkie szanse pretendować.