RSS

Szaleństwo MSDNAA

Liczba odsłon: 215

Od kilkunastu tygodni – mniej więcej od czasu pojawienia się w mediach pierwszych informacji o weryfikacji legalności oprogramowania w domach i akademikach – regularnie pojawiają się w moim biurze studenci pytający o możliwość uzyskania darmowych licencji na oprogramowanie w ramach programu Microsoft Developer Network Academic Alliance (MSDNAA).

Program ten pozwala uczelniom na nieodpłatne rozprowadzanie wśród swych pracowników i studentów wybranych pakietów programowych firmy Microsoft. Szczególnie atrakcyjna jest możliwość otrzymania praktycznie dowolnej wersji systemu Windows i o to własnie najczęściej jestem pytany. Wystarczy bowiem pobrać z wydziałowego serwera plik obrazu płyty instalacyjnej, zarejestrować się na serwerach firmy Microsoft i wpisać w programie instalacyjnym uzyskany numer seryjny, by cieszyć się w pełni legalnym systemem operacyjnym. Co najlepsze, z tak zdobytego oprogramowania można korzystać również po zakończeniu studiów, a nawet jednokrotnie zainstalować je ponownie. Licencja dopuszcza również jednoczesną instalację na czterech komputerach. Krótko mówiąc, są to warunki o niebo lepsze, niż w przypadku komercyjnych, pudełkowych wersji oprogramowania (nie wspominając nawet o edycjach OEM) — i to całkowicie za darmo!

Nie ma jednak róży bez kolców. Z oprogramowania w licencji MSDNAA wolno korzystać tylko w celach naukowych i dydaktycznych. Krótko mówiąc, zainstalowanie choćby nawet najzupełniej legalnej wersji jakiejkolwiek gry jest złamaniem licencji. Ba, teoretycznie nawet codzienne przeglądanie internetowych serwisów WWW jest łamaniem warunków umowy licencyjnej, choć weryfikacji tego nikt się raczej nie będzie podejmował.

Program MSDNAA nie obejmuje też podstawowego oprogramowania biurowego. I choć pakiet Microsoft Office w wersji dla uczniów, studentów i nauczycieli (również dopuszczający możliwość równoległej instalacji na czterech komputerach) kosztuje – w porównaniu do wersji standardowej – względnie niewiele, student piszący pracę dyplomową w edytorze Word musi podjąć decyzję: albo wyda kilkaset złotych na pakiet, albo korzysta – ze wszystkimi ograniczeniami i ewentualnymi problemami z wymianą danych – z darmowego pakietu OpenOffice.org.

Są jednak dwa aspekty, których najwyraźniej osoby dopytujące się o program MSDNAA nie zauważają lub przykładają do nich zbyt małą wagę.

Przede wszystkim, problem legalności nie ogranicza się do systemu operacyjnego czy pakietu biurowego. Chcąc pozostać w pełni legalnym użytkownikiem, trzeba wyzbyć się wielu nawyków związanych z używaniem konkretnych narzędzi programowych i nauczyć się zwracać uwagę na umowy licencyjne. Wielu użytkowników Windows przyzwyczaiło się na przykład do korzystania z programu Total Commander — jest on jednak programem typu shareware, który po upłynięciu okresu próbnego należy kupić albo usunąć. Ciągłe wciskanie klawiszy 1, 2 czy 3 nie rozwiązuje problemu: sprawdzenie daty instalacji programu nie jest trudne i w razie kontroli można mieć problemy z tak „głupiego” powodu.

Problemy można mieć zresztą z powodów, o których mało kto wie. Na przykład, prawem autorskim objęte są również... pliki z czcionkami. Kilka czcionek TrueType skopiowanych od znajomego, by sprawozdania z laboratoriów prezentowały się lepiej, może zniweczyć wysiłki legalizacyjne. Na dobrą sprawę, nie należy instalować żadnych czcionek poza tymi zawartymi w systemie i instalowanym legalnym oprogramowaniu.

Poważniejsza sprawa związana jest jednak z motywem stojącym za programem MSDNAA. Motywem, który co bardziej porywczy mogliby porównać do działalności handlarza nakotykami: dawać za darmo przez jakiś czas, by później uzależniony klient sam przyszedł z pieniędzmi w garści. Nieodpłatne przekazywanie programów niezbyt zasobnym zazwyczaj studentom przyzwyczaja ich do pewnego sposobu pracy, do pewnego wyglądu interfejsu użytkownika i do pewnych formatów wymiany danych, odsuwając groźbę wykorzystania przez nich produktów konkurencyjnych aż do momentu, gdy stwierdzą oni, że zachowanie dotychczasowego środowiska pracy warte jest wydania tych kilkuset czy kilku tysięcy złotych. A przecież – również za darmo – dostępne są niezliczone wersje programów open-source, czasem lepszych technicznie lub oszczędniejszych (w zakresie wykorzystania zasobów sprzętowych komputera) od produktów firmy Microsoft. Ich największą wadą jest odmienność, a to w świecie zdominowanym przez Okienka wada poważna.

MSDNAA jest oczywiście świetnym rozwiązaniem, jeżeli warunki zmuszają Was do korzystania z konkretnego oprogramowania dostępnego tylko dla systemów Windows. Trudno bowiem eksperymentować z uruchamianiem pod kontrolą Linuksa takich – również dostępnych w darmowych, studenckich wersjach – pakietów jak AutoCAD, Delphi czy Borland C++ Builder. Nawet, gdyby było to możliwe, o wiele rozsądniejsze jest korzystanie z tych programów w takim środowisku, z jakim ma się do czynienia w czasie zajęć.

Równolegle z systemem Windows w wersji MSDNAA instalujcie jednak również jakiś system operacyjny open-source — na przykład Linuksa. Linux nie jest potworem, do którego obsługi trzeba ponadzwyczajnych zdolności informatycznych. Nawet, jeżeli kiedyś wydawał się nim być, dzisiejsze dystrybucje oferują graficzne programy instalacyjne, automatyczne wykrywanie sprzętu, wygodne środowisko pracy użytkownika i całe mnóstwo aplikacji. W świecie ery Internetu przeglądarka WWW, program pocztowy, kilka komunikatorów i pakiet biurowy zapewniający względną zgodność z dokumentami Microsoft Office to w zasadzie wszystko, czego trzeba w większości codziennych zadań, a doświadczenie zdobyte dzięki pracy z Linuksem będzie nie do przecenienia.

Narzekanie na Windows należy do pewnej „mody”. W rozmowach prywatnych, na grupach dyskusyjnych i w artykułach prasowych Windows zbiera cięgi za mniej i bardziej wyimaginowane błędy i niedogodności. Gdy jednak pojawia się możliwość legalnego korzystania z Windows za darmo, krytykujący – którzy mogli przecież już wcześniej spróbować konkurencyjnych produktów – ustawiają się grzecznie w kolejce po numer seryjny. Czyżby jednak Windows nie miało wad?


Może nie do końca związane z artykułem; czy jest gdzieś dostępna słynna dyskietka wykrywająca nielegalny soft? Przetrzepał bym komputery w robocie
Przez jakis czas wydawalo mi sie, ze z programu MSDNAA moga korzystac jedynie studenci (i pracownicy wydzialow) kierunkow informatycznych lub chociaz troche zwiazanych z dziedzina. Sam czerpie olbrzymie korzysci (moralne?) z darmowego Windows XP, pelnego Visual Studio (ze spora iloscia materialow, biblioteka), oraz mnostwem innych aplikacji, a niedlugo planuje zainstalowanie Visty. Z tego co wiem, mam do tego prawo do momentu oddania pracy magisterskiej (lub ogolniej: do momentu opuszczenia uczelni). Wsrod dostepnych obrazow ISO nie ma glownych, najbardziej potrzebnych elementow Office, ale ten bez wiekszych problemow zastepowany jest pakietem OpenOffice.org. Zastanawiam sie, ile wydzial musi placic za licencje, gdy tylko na moim kierunku jest co najmniej 500-600 osob. Pozdrawiam!
cos mi sie rzucilo w oczy ze 799euro wydzial placi za licencje...
Opłaty nie są duże, w zależności od zakresu programu właśnie od 400 do 800 euro rocznie. Jest to jakby nie było dotowana działalność promocyjna, a licencji nie można wykorzystywać do działań komercyjnych absolutnie.
Przyznam się bez bicia że już jakiś dobry rok temu (gdy jeszcze studiowałem) ulegalniłem sobie oprogramowanie :) Przy w miarę normalnej pracy zakup Windows XP Home nie był wydatkiem niemożliwym do przełknięcia, tak jak i nie problemem jest zakup jakiejś gry. 15 – 25 zł za dobrej klasy hicior z przed roku, 50 – 75 za nowość lub coś co nie jest zbyt stare opcjonalnie te 100zł za nowość jeśli naprawdę jest tego warta. Reszta oprogramowania to freeware dla domowego użytkownika, opcjonalnie soft dostępny dla czytelników konkretnej gazety komputerowej... wystarczyły zmienić przyzwyczajenia i nawyki. Postarać się... i da się żyć :) A do bardziej zaawansowanych zadań wykorzystuje Linux'a :)
I w chwili obecnej mam szeroki uśmiech widząc panikę znajomych na dźwięk słów 'kontrola legalności oprogramowania' :D A proszę bardzo! Ja tam się nie boję :] Wystarczy chcieć, poszukać darmowych odpowiedników... :)
Taki komunikat podkopujący idee MSDNAA (link do MVP wygląda przy tym jak żart). Pytanie jest – jeśli płacę to wymagam (Windows nie jest na licencji "AS IS"), a jeśli nie płacę to przynajmniej na tym nie zarabiam ;)
To nie jest podkopywanie idei, tylko przedstawienie mojego własnego stanowiska.
Nie rozumiem w ogóle „link do MVP wygląda przy tym jak żart”. Bycie MVP nie oznacza wcale głoszenia uwielbienia wobec produktów Microsoftu.
PS. Łatwo jest występować krytycznie jako anonim.