RSS

Atak na anonimowość w Internecie

Internet kojarzy się z anonimowością. Nowoczesne internetowe serwisy informacyjne dają możliwość skomentowania artykułu, zdjęcia czy wiadomości praktycznie każdemu. Brak powiązania pseudonimu wyświetlanego przy komentarzu z imieniem i nazwiskiem zachęca do komentowania osoby, które normalnie nigdy nie zdobyłyby się na upublicznienie swoich myśli czy poglądów. W Sieci można bez konsekwencji poprzeć autora, absolutnie się z nim nie zgodzić, napisać zupełnie nie na temat lub same bzdury, albo nawet sypnąć wiązanką niewybrednych wyrazów. Tylko od moderatora zależy, czy komentarz zostanie usunięty, ale moderatorom często specjalnie nie zależy na tępieniu głupoty, wychodzą bowiem z założenia, że zniechęcony „cenzurą” czytelnik nie będzie odwiedzał serwisu (i uszczupli wpływy z reklam), a brak kontrowersyjnych wypowiedzi zmniejszy zainteresowanie tematem, co również nie pozostanie bez wpływu na liczbę odsłon bannerów reklamowych.

Możliwe, że beztroska anonimowość stanie się w pewnym momencie przeszłością. W stanie Kentucky złożona została propozycja ustawy nakazującej podpisywanie komentarzy internetowych prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Aby w ogóle dysponować możliwością komentowania informacji, konieczne byłoby założenie indywidualnego konta użytkownika i podanie dokładnych i prawdziwych danych osobowych — aż po adres zamieszkania włącznie.

Na pierwszy rzut oka propozycja wydaje się absurdalnym atakiem na wolność osobistą. Z drugiej strony jednak warto pomyśleć, ile głupoty jest przelewanej na cierpliwe dyski internetowych serwerów pod płaszczykiem anonimowości. Ile jadu i żółci nigdy nie pojawiłoby się pod artykułami i zdjęciami, gdyby każdy musiał swoje stanowisko poprzeć imieniem i nazwiskiem. Być może takie rozwiązanie faktycznie wpłynęłoby pozytywnie na jakość Internetu?

Swoją drogą, kiedyś – w „odległych czasach papierowych czasopism” – do przyjętego zwyczaju należało podpisywanie imieniem i nazwiskiem (a czasem również nazwą miasta) każdego publikowanego na łamach czasopisma listu. Tylko w wyjątkowych przypadkach dane te utajniano („imię i nazwisko do wiadomości redakcji”). Kto nie chciał znaleźć się „na świeczniku” i ryzykować dobrym imieniem, mógł po prostu... wstrzymać się od głosu.