RSS

Historia edycji tekstu w Polsce, czyli jak piraci sami na siebie ukręcili stryczek

Artykuł dostępny również w językach:
Liczba odsłon: 2009

Pismo jest jed­nym z naj­star­szych prze­ja­wów roz­wi­nię­tej kul­tu­ry. Nic dziw­ne­go, że pi­sa­nie by­ło jed­nym z pierw­szych za­dań, do któ­rych za­przęg­nię­to kom­pu­te­ry oso­bis­te. Każdy na­ród chce jed­nak pi­sać w swo­im ję­zy­ku i swo­im alfa­be­tem. Gdy za­tem w Polsce za­częły upow­szech­niać się kom­pu­te­ry zgod­ne ze stan­dar­dem IBM PC, ich użyt­kow­ni­cy zde­rzy­li się z prob­le­mem zmu­sze­nia ame­ry­kańs­kich kom­pu­te­rów do wy­świet­la­nia i dru­ko­wa­nia pol­skich zna­ków.

Na szczęś­cie nie by­ło to nie­moż­li­we, a za pierw­szy­mi suk­ce­sa­mi przy­szły na­stęp­ne. Kolejne ge­ne­ra­cje edy­to­rów tek­stu przy­sto­so­wy­wa­no do ję­zy­ka pol­skie­go, a w koń­cu sa­mi pro­du­cen­ci opro­gra­mo­wa­nia za­czę­li dbać o to, by nie wy­klu­czać pol­skich użyt­kow­ni­ków.

Poniższy tekst przed­sta­wia szkic his­torii edy­cji tek­stu na kom­pu­te­rach kla­sy PC w Polsce. Pokazu­je przy tym me­to­dy, ja­ki­mi chcia­no osiąg­nąć szczyt­ny cel pi­sa­nia po pol­sku. Niestety, me­to­dy te oka­za­ły się na dłuż­szą me­tę szkod­li­we dla ryn­ku i sa­mych użyt­kow­ni­ków.

Chi­Wri­ter: bo­ha­ter z przy­pad­ku

Chi­Wri­ter był zba­wie­niem i prze­kleń­stwem pierw­szych lat pol­skiej kom­pu­te­ry­za­cji. W tam­tych cza­sach czymś dość nor­mal­nym i względ­nie łat­wo ak­cep­to­wal­nym by­ło jesz­cze pi­sa­nie po „pol­ska­we­mu”, to zna­czy bez uży­wa­nia pol­skich zna­ków dia­kry­tycz­nych. Jedynie co bar­dziej su­mien­ni użyt­kow­ni­cy do­ry­so­wy­wa­li ręcz­nie bra­ku­ją­ce „ogon­ki” na wy­dru­ku z kom­pu­te­ra; po­zo­sta­li uwa­ża­li, że brak zna­ków dia­kry­tycz­nych jest – i tak ni­ską – ce­ną no­wo­czes­no­ści.

Chi­Wri­ter, dla od­mia­ny, po­zwo­lił użyt­kow­ni­kom kom­pu­te­rów kla­sy PC w do­mach i biu­rach pi­sać praw­dzi­wie po pol­sku. Przy tym, dzię­ki pra­cy w try­bie gra­ficz­nym ekra­nu i dru­kar­ki, nie wy­ma­gał wpro­wa­dza­nia żad­nych zmian w sprzę­cie. Oryginal­nie mia­ło to po­móc na­ukow­com w pi­sa­niu ar­ty­ku­łów i ksią­żek za­wie­ra­ją­cych ta­be­le, dia­gra­my, wzo­ry che­micz­ne i ma­te­ma­tycz­ne oraz licz­ne ob­ce sym­bo­le. W Polsce szyb­ko jed­nak do­strze­żo­no, że ty­mi sym­bo­la­mi mo­gą być rów­nie do­brze pol­skie zna­ki, tak sa­mo ob­ce kom­pu­te­rom jak gre­ka czy cy­ry­li­ca.

Ta sa­ma ce­cha, któ­ra za­de­cy­do­wa­ła o eks­ploz­ji po­pu­lar­noś­ci pro­gra­mu, sta­no­wi­ła też je­go naj­więk­szą sła­bość. Praca w try­bie gra­ficz­nym ozna­cza­ła kil­ku­krot­nie niż­sze tem­po od­świe­ża­nia obra­zu oraz dru­ko­wa­nia tek­stu. Nazwa pro­gra­mu po­ja­wia­ła się w pol­skich cza­so­pis­mach w treś­ci re­cenzji każ­de­go in­ne­go edy­to­ra tek­stu: za każ­dym ra­zem pod­kreś­la­no, o ile da­ny pro­gram jest szyb­szy niż Chi­Wri­ter. Należy po­dzi­wiać cierp­li­wość lu­dzi, któ­rzy w tem­pie kil­ku stron na go­dzi­nę, mu­sząc ręcz­nie wkła­dać każ­dą ko­lej­ną kart­kę do dru­kar­ki, byli w sta­nie wy­dru­ko­wać li­czą­ce kil­ka­set stron pra­ce dyp­lo­mo­we lub mat­ry­ce ksią­żek.

Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy Chi­Wri­ter nie jest też pro­gra­mem er­go­no­micz­nym czy wy­god­nym. Ponie­waż ob­słu­gu­je wprost je­dy­nie ogra­ni­czo­ny za­kres zna­ków, pol­skie li­te­ry wy­stę­pu­ją w od­ręb­nej czcion­ce, co utrud­nia nie tyl­ko wy­szu­ki­wa­nie i za­mia­nę tek­stu czy glo­bal­ną zmia­nę for­ma­to­wa­nia, ale też zwyk­łe pi­sa­nie. Poprawki na­no­szo­ne na ist­nie­ją­cy tekst nie po­wo­du­ją je­go auto­ma­tycz­ne­go prze­for­ma­to­wa­nia: w tym ce­lu na­le­ży za każ­dym ra­zem przejść na po­czą­tek aka­pi­tu i na­ci­snąć Ctrl+F. Trudne jest też łą­cze­nie tek­stu z gra­fi­ką: częs­to naj­sku­tecz­niej­szym spo­so­bem na osa­dze­nie ilu­stra­cji by­ło… po­zos­ta­wie­nie wol­ne­go miej­sca w tekś­cie, na­kle­je­nie gra­fi­ki na wy­druk oraz od­bi­cie kart­ki na po­wie­la­czu, by ze­spo­lić tekst z obra­zem.

Wszystkie te wa­dy mia­ły jed­nak zna­cze­nie dru­go­rzęd­ne. Najważniej­sze by­ło bo­wiem, że na każ­dym kom­pu­te­rze PC, z każ­dą dru­kar­ką mo­zaiko­wą, moż­na by­ło pi­sać po pol­sku, z ele­ganc­kim for­ma­to­wa­niem i wy­róż­nie­nia­mi tek­stu. Inżynie­ro­wie mog­li wzbo­ga­cić tekst o ta­be­le i wy­li­cze­nia, ma­te­ma­ty­cy – o skom­pli­ko­wa­ne for­mu­ły za­wie­ra­ją­ce wszyst­kie po­trzeb­ne sym­bo­le, a che­mi­cy – o wie­lo­po­zio­mo­we wzo­ry lub na­wet sche­ma­ty bu­do­wy po­szcze­gól­nych związ­ków. Coś, co wcześ­niej wy­ma­ga­ło cierp­li­we­go po­pra­wia­nia błę­dów wpro­wa­dzo­nych przez ma­szy­nist­ki oraz ry­so­wa­nia po go­to­wym ma­szy­no­pi­sie, te­raz moż­na by­ło prze­rzu­cić na kom­pu­ter. Wydruk gra­ficz­ny z kolei, choć po­wol­ny, cha­rak­te­ry­zo­wał się cał­kiem do­brą ja­koś­cią na­wet w przy­pad­ku uży­cia ta­niej dru­kar­ki 9-igło­wej.

Edytor Chi­Wri­ter 3.11 w trak­cie pi­sa­nia te­go ar­ty­ku­łu

Największą po­pu­lar­ność w Polsce zdo­by­ły wer­sje 2.x oraz 3.x pro­gra­mu. Szeroko krą­ży­ła go­to­wa do uży­cia wer­sja z przy­go­to­wa­ny­mi już pols­ki­mi czcion­ka­mi. Choć ta pi­rac­ka edy­cja nie za­wie­ra­ła, z oczy­wi­stych wzglę­dów, żad­nej do­ku­men­ta­cji po­za wbu­do­wa­ną po­mo­cą, pust­kę szyb­ko za­peł­ni­ły książ­ki uczą­ce ko­rzy­sta­nia z pro­gra­mu od pod­staw.

Na po­cząt­ku lat 90-tych ubieg­łe­go stu­le­cia ry­nek opro­gra­mo­wa­nia za­czął się pro­fes­jo­na­li­zo­wać. Produk­ty two­rzo­ne przez po­je­dyn­cze oso­by – a ta­kim był Chi­Wri­ter – by­ły w za­sa­dzie ska­za­ne na po­raż­kę. Autor pro­gra­mu, Cay Horstmann, pró­bo­wał prze­nieść swo­je dzie­ło na no­wy po­ziom i w 1990 ro­ku wy­dał zna­czą­co udo­sko­na­lo­ną wer­sję 4.0. Była ona zbu­do­wa­na na ba­zie uni­wer­sal­ne­go inter­pre­te­ra pseu­do-ję­zy­ka pro­gra­mo­wa­nia i za­wie­ra­ła wbu­do­wa­ne śro­do­wis­ko gra­ficz­ne z moż­li­woś­cią two­rze­nia pól dia­lo­go­wych. Całkowi­cie zmie­nił się for­mat ob­słu­gi­wa­nych pli­ków, ale też ol­brzy­miej roz­bu­do­wie uleg­ły moż­li­woś­ci for­ma­to­wa­nia. W no­wej wer­sji edy­tor ob­słu­gi­wał już czcion­ki za­wie­ra­ją­ce zna­ki spo­za za­kre­su do­stęp­nych wprost na kla­wia­tu­rze, auto­ma­tycz­nie for­ma­to­wał aka­pi­ty w cza­sie pi­sa­nia i za­wie­rał wbu­do­wa­ny ge­ne­ra­tor ta­bel. Polscy użyt­kow­ni­cy nie do­ce­ni­li jed­nak no­wych moż­li­woś­ci, tym bar­dziej, że upły­nę­ło spo­ro cza­su, za­nim po­ja­wi­ły się ze­sta­wy pol­skich czcio­nek w no­wym for­ma­cie oraz na­rzę­dzia do sku­tecz­nej kon­wer­sji pism za­pi­sa­nych w wer­sji 3.x edy­to­ra.

Podobnie zresz­tą, jak i resz­ta świa­ta, pol­ski ry­nek roz­po­czął po­wol­ną mi­grac­ję w kie­run­ku śro­do­wis­ka Win­dows. I choć więk­szość pi­sa­rzy wciąż uru­cha­mia­ła je­den z edy­to­rów pra­cu­ją­cych w sys­te­mie MS-DOS, co­raz częś­ciej z na­dzie­ją spo­glą­da­li oni na edy­to­ry dzia­ła­ją­ce w ok­nach Win­dows. Czekali tyl­ko na mo­ment, gdy pol­skie zna­ki – któ­re za­de­cy­do­wa­ły o przy­pad­ko­wej karie­rze edy­to­ra Chi­Wri­ter – po­ja­wią się rów­nież na ekra­nach i wy­dru­kach ge­ne­ro­wa­nych za po­mo­cą no­wych, „okien­ko­wych” edy­to­rów.

PL-Tekst: edy­tor w bu­racz­kach

W cza­sie, gdy Cay Horstmann przy­go­to­wy­wał swo­je dzie­ło do sprze­da­ży, do­stęp­ny był już edy­tor tek­stu stwo­rzo­ny od pod­staw z myś­lą o pol­skim użyt­kow­ni­ku. PL-Tekst po­wstał w Gdyni pod szyl­dem przed­się­bior­stwa Compu­ter Studio Kajkowscy i uj­rzał świat­ło dzien­ne pod ko­niec 1985 ro­ku, a już rok póź­niej moż­na by­ło ku­pić wer­sję 2.2.

Podobnie jak Chi­Wri­ter, PL-Tekst roz­wią­zy­wał prob­lem pol­skich zna­ków po­przez pra­cę w try­bie gra­ficz­nym. Jego auto­rzy po­szli jed­nak o krok da­lej i po­ku­si­li się o za­im­ple­men­to­wa­nie pros­te­go gra­ficz­ne­go inter­fej­su użyt­kow­ni­ka. Poszczegól­ne opcje pro­gra­mu wy­wo­ły­wa­ło się za po­mo­cą kla­wi­szy funk­cyj­nych, któ­rych opis sta­no­wi­ły ideo­gra­my wy­świet­la­ne na ekra­nie. Być mo­że mia­ło to po­móc po­cząt­ku­ją­cym użyt­kow­ni­kom w od­ga­dy­wa­niu zna­cze­nia po­szcze­gól­nych funk­cji. Może też mia­ło ułat­wić two­rze­nie wer­sji ję­zy­ko­wych ofe­ro­wa­nych na in­nych ryn­kach. W owych cza­sach jed­nak, gdy ja­kość obra­zu ge­ne­ro­wa­ne­go przez kom­pu­te­ry by­ła, de­li­kat­nie mó­wiąc, nis­ka, a mysz ja­ko wy­po­sa­że­nie kom­pu­te­ra – w za­sa­dzie nie­spo­ty­ka­na, opar­cie ko­mu­ni­kac­ji z użyt­kow­ni­kiem o iko­ny by­ło de­cy­zją co naj­mniej kon­tro­wer­syj­ną. Nic dziw­ne­go, że auto­rzy re­cenzji pro­gra­mu jed­no­głoś­nie skry­ty­ko­wa­li przy­ję­te roz­wią­za­nie.

Nieczytel­ne i nie­jed­no­znacz­ne iko­ny by­ły jed­nak naj­mniej kło­pot­li­wym z „bu­racz­ków” edy­to­ra. Poważnych prob­le­mów mog­ło na­strę­czać bo­wiem już sa­mo je­go uru­cho­mie­nie, utrud­nio­ne przez me­cha­niz­my ochro­ny przed ko­pio­wa­niem, z po­wo­du któ­rych pro­gra­mu nie moż­na by­ło prze­nieść ani na dysk twar­dy, ani na dys­kiet­kę ro­bo­czą. Szwankowa­ły pro­ce­du­ry ge­ne­ro­wa­nia obra­zu, po­wo­du­jąc zni­ka­nie częś­ci tek­stu w trak­cie pi­sa­nia. Modyfi­ka­cja do­ku­men­tu mog­ła skut­ko­wać uszka­dza­niem ko­dów ste­ru­ją­cych, w efek­cie cze­go zmia­nie ule­gał układ tek­stu lub za­sto­so­wa­ne w nim czcion­ki.

Recenzen­ci zwra­ca­li też uwa­gę na in­ne błę­dy, rza­dziej do­skwie­ra­ją­ce użyt­kow­ni­ko­wi, lecz rów­nie do­tkli­we. Załączony pod­ręcz­nik nie za­wie­rał in­dek­su, a nu­me­ry stron w spi­sie treś­ci nie zaw­sze ko­re­lo­wa­ły z treś­cią. Opis nie­któ­rych funk­cji róż­nił się też od te­go, z czym miał do czy­nie­nia użyt­kow­nik pro­gra­mu. Próba dru­ko­wa­nia przy bra­ku pod­łą­czo­nej dru­kar­ki koń­czy­ła się za­wie­sze­niem pro­gra­mu i utra­tą nie za­pi­sa­nych wcześ­niej zmian. Eksport tek­stu do po­sta­ci czys­te­go tek­stu po­wo­do­wał cał­ko­wi­te od­rzu­ce­nie pol­skich zna­ków i wsta­wie­nie w ich miej­sce „pol­ska­wych” od­po­wied­ni­ków. Zapisy­wa­nie do­ku­men­tu na dys­kiet­ce w pew­nych sytu­acjach koń­czy­ło się usu­nię­ciem ca­ło­ści tek­stu. Wszystkie te „bu­racz­ki” moż­na by­ło po­znać i na­uczyć się omi­jać, jed­nak sa­ma ich obec­ność po­wo­do­wa­ła, że trud­no by­ło pra­co­wać bez obaw o bez­pie­czeń­stwo swo­ich da­nych.

Źródło: Komputer 6/1987

Mimo wszyst­kich wy­mie­nio­nych po­wy­żej wad pro­gra­mu, fir­mie CSK na­le­żą się bra­wa za wy­stą­pie­nie w ro­li pio­nie­ra. PL-Tekst miał być w za­ło­że­niu przy­jaz­nym, funkcjo­nal­nym edy­to­rem tek­stu, czy­nią­cym pra­cę z kom­pu­te­rem pros­tą i oczy­wi­stą. Program roz­wią­zy­wał cał­ko­wi­cie prob­lem pol­skich zna­ków bez ko­niecz­noś­ci wpro­wa­dza­nia zmian sprzę­to­wych. W pa­kie­cie do­star­cza­ny był pod­sta­wo­wy kom­plet czcio­nek (wraz z cy­ry­li­cą), a do­łą­czo­ny edy­tor po­zwa­lał stwo­rzyć w ra­zie po­trze­by włas­ne wzo­ry. Przede wszyst­kim zaś, wbu­do­wa­ny słow­nik orto­gra­ficz­ny po­zwa­lał za­pom­nieć o błę­dach w tekś­cie i przy­spie­szyć przej­ście ar­ty­ku­łu lub tek­stu książ­ki przez etap ko­rek­ty.

Dzisiaj nie­ste­ty bar­dzo trud­no jest oce­nić, ja­ki na­praw­dę był PL-Tekst. Program ten padł bo­wiem po­dwój­ną ofia­rą pi­ract­wa kom­pu­te­ro­we­go. Najpierw po­ko­nał go Chi­Wri­ter, co praw­da anglo­ję­zycz­ny i po­zba­wio­ny pol­skie­go słow­ni­ka or­to­gra­ficz­ne­go, jed­nak sze­ro­ko już roz­pow­szech­nio­ny, du­żo bar­dziej nie­za­wod­ny, a co naj­waż­niej­sze – do­stęp­ny „za dar­mo”. Za in­dy­wi­dual­nie nu­me­ro­wa­ne ko­pie pro­gra­mu PL-Tekst trze­ba by­ło bo­wiem cał­kiem kon­kret­nie pła­cić, a skom­pli­ko­wa­ny me­cha­nizm za­bez­pie­cza­ją­cy dość sku­tecz­nie za­po­biegł nie­le­gal­ne­mu ko­pio­wa­niu. W efek­cie edy­tor, już w swo­ich cza­sach ma­ło po­pu­lar­ny, być mo­że na zaw­sze już za­gi­nął, a je­że­li na­wet gdzieś ist­nie­je je­go ko­pia, to bez po­świę­ce­nia cza­su na usu­nię­cie za­bez­pie­czeń nie bę­dzie jej moż­na uru­cho­mić.

WordPerfect: wy­bór pro­fes­jo­na­lis­tów

Chi­Wri­ter sta­no­wił pros­te i sku­tecz­ne, lecz dość ogra­ni­czo­ne roz­wią­za­nie prob­le­mu pol­skich zna­ków. Coraz lep­szy sprzęt po­wo­do­wał jed­nak, że uży­wa­nie try­bu gra­ficz­ne­go prze­sta­wa­ło być nie­zbęd­ne. Karty gra­ficz­ne EGAVGA po­zwa­la­ły prze­cież prze­de­fi­nio­wać ze­staw zna­ków uży­wa­nych w try­bie tek­sto­wym, a no­we dru­kar­ki mia­ły wbu­do­wa­ną funk­cję pro­gra­mo­wa­nia kształ­tu wy­bra­nych li­ter. Można by­ło za­tem pra­co­wać w szyb­kim try­bie tek­sto­wym, a mi­mo to wi­dzieć pol­skie zna­ki na ekra­nie i wy­dru­ku.

Staremu „stan­dar­do­wi” za­częła za­tem za­gra­żać kon­ku­ren­cyj­na gru­pa, pre­fe­ru­ją­ca edy­tor WordPerfect. Za pro­gra­mem stał du­ży, po­waż­ny pro­du­cent, a każ­da no­wa wer­sja wpro­wa­dza­ła zna­czą­ce roz­sze­rze­nia. Program po­tra­fił ko­rzy­stać z wie­lu czcio­nek ofe­ro­wa­nych przez no­we dru­kar­ki, dzie­lić tekst na ła­my, mie­szać tekst z gra­fi­ką oraz wsta­wiać do do­ku­men­tów skom­pli­ko­wa­ne wzo­ry.

Istotną ce­chą pro­gra­mu by­ła jed­nak pra­ca w mie­sza­nym try­bie tek­sto­wo-gra­ficz­nym. Obsługi­wa­ny ze­staw zna­ków da­le­ko wy­kra­czał po­za stan­dard ASCII i za­wie­rał wszyst­kie sym­bo­le nie­zbęd­ne do za­pi­sa­nia tek­stów w do­wol­nym ję­zy­ku euro­pej­skim. I choć ję­zyk pol­ski nie był ob­słu­gi­wa­ny wprost, każ­dy ze spe­cy­ficz­nych dla nie­go dzie­wię­ciu zna­ków moż­na by­ło zło­żyć z właś­ci­wych sym­bo­li.

Edytor WordPerfect 5.1 z włą­czo­nym try­bem pod­glą­du ko­dów ste­ru­ją­cych umiesz­czo­nych w tekś­cie

Co na­wet bar­dziej istot­ne, roz­bu­do­wa­na kon­fi­gu­rac­ja pro­gra­mu po­zwa­la­ła do­sto­so­wać go do moż­li­woś­ci sprzę­tu. Bezpośred­nio po in­sta­lac­ji, WordPerfect mógł dru­ko­wać tek­sty za­wie­ra­ją­ce wszyst­kie po­trzeb­ne sym­bo­le, jed­nak te, któ­ry­mi dru­kar­ka nie dys­po­no­wa­ła pro­gram bu­do­wał na­kła­da­jąc na li­te­ry do­dat­ko­wą war­stwę gra­fi­ki. Choć dru­ko­wa­nie prze­bie­ga­ło w ta­kim przy­pad­ku i tak szyb­ciej, niż w przy­pad­ku edy­to­ra Chi­Wri­ter, spo­wol­nie­nie by­ło za­uwa­żal­ne, a ja­kość zna­ków led­wie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca. Jeżeli jed­nak od­po­wied­nie sym­bo­le za­pro­gra­mo­wa­ło się wcześ­niej w pa­mię­ci ROM dru­kar­ki lub wgra­ło ja­ko sym­bo­le do­dat­ko­we, a w kon­fi­gu­rac­ji edy­to­ra po­da­ło się, ja­kie do­dat­ko­we zna­ki są do­stęp­ne bez­po­śred­nio, edy­tor mógł dru­ko­wać w „czys­tym” try­bie tek­sto­wym, z peł­ną szyb­koś­cią.

Ostatnia na­praw­dę po­pu­lar­na wer­sja edy­to­ra, opa­trzo­na nu­me­rem 5.1, do­stęp­na by­ła na wie­lu plat­for­mach sprzę­to­wych i pro­gra­mo­wych. Dyspono­wa­ła moż­li­woś­cia­mi da­le­ce wy­kra­cza­ją­cy­mi po­za to, co mógł za­ofe­ro­wać Chi­Wri­ter. Doświad­cze­ni użyt­kow­ni­cy byli w sta­nie ko­rzy­stać z pro­gra­mu ja­ko pros­te­go śro­do­wis­ka kla­sy desk­top pub­lish­ing, two­rząc w nim biu­le­ty­ny, książ­ki oraz pis­ma o skom­pli­ko­wa­nym ukła­dzie. Wymieniali się też oni wie­dzą o do­sto­so­wy­wa­niu edy­to­ra do sprzę­tu oraz po­trzeb, za­rów­no w książ­kach, jak i w po­pu­lar­nej pra­sie. Teksty po­świę­co­ne edy­to­ro­wi WordPerfect po­ja­wia­ły się szcze­gól­nie częs­to na przy­kład na ła­mach dwu­ty­god­ni­ka PC Kurier.

Jedną z naj­cie­kaw­szych funk­cji edy­to­ra by­ła op­cja Reveal Codes. Za jej po­mo­cą na ekra­nie moż­na by­ło jed­no­cześ­nie ob­ser­wo­wać sfor­ma­to­wa­ny tekst, jak i we­wnętrz­ny za­pis do­ku­men­tu, uzu­peł­nio­ny ko­da­mi spe­cjal­ny­mi zmie­nia­ją­cy­mi for­ma­to­wa­nie zna­ków i aka­pi­tów. Pozwala­ło to usu­nąć zbęd­ne ko­dy, uproś­cić glo­bal­ne zmia­ny for­ma­to­wa­nia oraz umie­szczać w tekś­cie auto­ma­tycz­nie wy­li­cza­ne lub au­to­ma­ty­zo­wa­ne wy­ra­że­nia i od­nie­sie­nia.

Graficzny pod­gląd wy­dru­ku w edy­to­rze WordPerfect 5.1

Producent pro­gra­mu miał wiel­kie pla­ny w sto­sun­ku do swo­je­go fla­go­we­go pro­duk­tu. Wersja 6.0, któ­ra zo­sta­ła wy­da­na w 1993 ro­ku, uleg­ła cał­ko­wi­tej prze­bu­do­wie i na­wet w od­mia­nie prze­zna­czo­nej dla sys­te­mu MS-DOS ob­słu­gi­wa­ła gra­ficz­ny inter­fejs użyt­kow­ni­ka za­wie­ra­ją­cy roz­wi­ja­ne me­nu i pas­ki na­rzę­dzio­we, po­zwa­la­ją­cy pra­co­wać jed­no­cześ­nie nad wie­lo­ma do­ku­men­ta­mi wy­świet­la­ny­mi w od­dziel­nych ok­nach. Intensywnie by­ła też roz­wi­ja­na wer­sja dla śro­do­wis­ka Win­dows. Jedno i dru­gie roz­wią­za­nie nie spot­ka­ło się jed­nak z po­zy­tyw­nym od­ze­wem użyt­kow­ni­ków: no­we wer­sje by­ły du­żo wol­niej­sze i mia­ły znacz­nie wyż­sze wy­ma­ga­nia sprzę­to­we, a wer­sja prze­zna­czo­na dla śro­do­wis­ka Win­dows nie by­ła z nim do­sta­tecz­nie do­brze zin­te­gro­wa­na.

Tym, co jed­nak osta­tecz­nie do­bi­ło edy­tor WordPerfect w Polsce, by­ło po­ja­wie­nie się wer­sji sys­te­mu Win­dows wy­po­sa­żo­nej w czcion­ki True­Type z pols­ki­mi zna­ka­mi, oraz pro­gra­mu Micro­soft Word w wer­sji 2.0.

TAG: szar­ża pod Somosierrą

Pola­cy nie gę­si i swój ję­zyk ma­ją. A sko­ro ten ję­zyk spra­wiał kom­pu­te­rom ty­le prob­le­mów, po­sta­no­wi­li mieć rów­nież włas­ny edy­tor tek­stu, któ­ry ra­dził­by so­bie z nim du­żo le­piej, niż na si­łę wtło­czo­ny w pol­skie realia Chi­Wri­ter. Tak po­wstał edy­tor TAG, na­pi­sa­ny w gdań­skiej spół­dziel­ni Info­Service.

W 1987 ro­ku po­wsta­ła pierw­sza wer­sja pro­gra­mu, udo­wad­nia­ją­ca moż­li­wość na­pi­sa­nia edy­to­ra co praw­da wy­świet­la­ją­ce­go tekst w try­bie gra­ficz­nym, lecz pra­cu­ją­ce­go w tem­pie cha­rak­te­rys­tycz­nym dla edy­to­rów tek­sto­wych. W 1988 ro­ku pro­gram za­czął być sprze­da­wa­ny i w ko­lej­nych la­tach roz­wi­jał się dyna­micz­nie, zy­sku­jąc ba­zę użyt­kow­ni­ków.

Jako pro­dukt pol­ski i przy­go­to­wa­ny z myś­lą o pol­skim użyt­kow­ni­ku, TAG dys­po­no­wał funk­cja­mi, któ­rych nie by­ło w edy­to­rach tyl­ko do­sto­so­wa­nych do wy­świet­la­nia i dru­ko­wa­nia pol­skich zna­ków. Największą prze­wa­gę da­wał ob­szer­ny i bar­dzo szyb­ki słow­nik orto­gra­ficz­ny, po­zwa­la­ją­cy unik­nąć błę­dów w do­ku­men­cie. Dostępny był też słow­nik wy­ra­zów blis­ko­znacz­nych. Jednak to, co rzu­ca­ło się w oczy bez­po­śred­nio po uru­cho­mie­niu pro­gra­mu, to pol­sko­ję­zycz­ny inter­fejs użyt­kow­ni­ka. Wbrew po­zo­rom, by­ła to zmia­na ja­koś­cio­wa. Pracownicy biur, do­tych­czas uczą­cy się częs­to na pa­mięć zna­cze­nia nie­któ­rych po­le­ceń edy­to­rów tek­stu, nag­le mog­li po­ro­zu­mie­wać się z kom­pu­te­rem cał­ko­wi­cie po pol­sku. Nieprzypad­ko­wo zresz­tą pierw­sza plan­sza edy­to­ra, po­zwa­la­ją­ca za­rzą­dzać do­ku­men­ta­mi i wska­zy­wać pli­ki do edy­cji i dru­ko­wa­nia, przy­po­mi­na­ła ekran naj­po­pu­lar­niej­szej wów­czas na­kład­ki sys­te­mo­wej Norton Comman­der. Edytor TAG mógł wy­ko­nać więk­szość za­dań sta­wia­nych przed kom­pu­te­rem sto­ją­cym w sek­re­ta­ria­cie – i do te­go po pol­sku.

Edytor TAG 2.07 bez­po­śred­nio po uru­cho­mie­niu pre­zen­to­wał mo­duł za­rzą­dza­nia do­ku­men­ta­mi przy­po­mi­na­ją­cy pro­gram Norton Comman­der

TAG du­żo le­piej niż Chi­Wri­ter ra­dził so­bie rów­nież z dru­ko­wa­niem. Choć w try­bie wy­so­kiej ja­koś­ci tak­że uży­wał try­bu gra­ficz­ne­go dru­kar­ki, dzię­ki opty­ma­li­zac­ji wy­dru­ku uda­wa­ło mu się utrzy­my­wać du­żo wyż­sze tem­po. Można by­ło jed­nak na­ka­zać dru­ko­wa­nie w try­bie ro­bo­czym, w któ­rym szyb­kość dru­ko­wa­nia nie­wie­le od­bie­ga­ła od try­bu tek­sto­we­go dru­kar­ki. W try­bie tym na­dal za­cho­wa­ne by­ły wszyst­kie ele­men­ty for­ma­to­wa­nia tek­stu.

Niezwyk­le cie­ka­wym roz­wią­za­niem by­ło wpro­wa­dze­nie try­bu kon­spek­tu do­ku­men­tu. Każdy do­ku­ment, choć­by naj­mniej­szy, skła­dał się z jed­ne­go roz­dzia­łu. Struktura do­ku­men­tu by­ła po­ka­zy­wa­na na ekra­nie za każ­dym ra­zem, gdy użyt­kow­nik otwie­rał no­wy lub ist­nie­ją­cy do­ku­ment; mia­ło to mo­ty­wo­wać go do two­rze­nia ko­lej­nych roz­dzia­łów i pod­roz­dzia­łów nie ja­ko ele­men­tów ciąg­łe­go tek­stu, lecz od­ręb­nych jed­nos­tek or­ga­ni­za­cyj­nych. Tak po­dzie­lo­ny tekst pro­gram po­tra­fił prze­twa­rzać ca­łoś­cio­wo, na przy­kład auto­ma­tycz­nie ge­ne­ru­jąc spi­sy. Niejako przy okaz­ji funk­cja ta zwięk­sza­ła szyb­kość dzia­ła­nia i umoż­li­wia­ła pra­cę nad ob­szer­niej­szy­mi tek­sta­mi.

Tak sa­mo, jak w przy­pad­ku in­nych edy­to­rów dzia­ła­ją­cych w śro­do­wis­ku MS-DOS, sąd­nym dniem dla pro­gra­mu TAG by­ło po­ja­wie­nie się pol­skich zna­ków w śro­do­wis­ku Win­dows oraz roz­po­czę­cie ma­so­we­go, acz nie­le­gal­ne­go po­wie­la­nia edy­to­ra Micro­soft Word 2.0. Autorzy pró­bo­wa­li jesz­cze wal­czyć, wpro­wa­dza­jąc now­szą wer­sję pro­gra­mu upo­dab­nia­ją­cą się nie­co do Win­dows, a tak­że roz­po­czy­na­jąc pra­ce nad wa­rian­tem pro­gra­mu na­tyw­nie dzia­ła­ją­cym w Win­dows. Skończyło się jed­nak na pla­nach i za­po­wie­dziach, a TAG, za­nim jesz­cze zdą­żył na do­bre za­do­mo­wić się w pol­skich biu­rach, zo­stał wy­par­ty przez no­wy „stan­dard”. Niewielki w su­mie ze­spół autor­ski nie miał szans w star­ciu z gi­gan­tem z Redmond.

Micro­soft Word: pod pi­rac­ką fla­gą

Micro­soft Word to pro­gram o bar­dzo bo­ga­tej his­torii. Jego pierw­sze wer­sje dzia­ła­ły pod kon­tro­lą sys­te­mu MS-DOS w tek­sto­wym lub pseu­do-gra­ficz­nym try­bie pra­cy. W tym dru­gim przy­pad­ku, choć pro­gram nie po­ka­zy­wał – jak to po­tra­fił Chi­Wri­ter – róż­nych kro­jów pis­ma, przy­naj­mniej w czy­tel­ny spo­sób wy­róż­niał frag­men­ty tek­stu za­pi­sa­ne po­gru­bio­ną, po­chy­lo­ną lub pod­kreś­lo­ną czcion­ką.

Firma Micro­soft sta­ra­ła się też zdo­być swo­im pro­duk­tem in­ne ryn­ki. Word był jed­nym z pierw­szych gra­ficz­nych edy­to­rów tek­stu dla kom­pu­te­rów Apple Macintosh. Teksto­wy (a póź­niej i gra­ficz­ny) wa­riant pro­gra­mu zo­stał też prze­nie­sio­ny do sys­te­mu opera­cyj­ne­go OS/2.

Edytor Word roz­wi­jał się bar­dzo dyna­micz­nie. Wersje 4.0 i 5.0, wciąż pra­cu­ją­ce pod kon­tro­lą MS-DOS, po­zwa­la­ły mie­szać tekst z gra­fi­ką, dzie­lić tekst na ła­my oraz ge­ne­ro­wać na ekra­nie peł­no­stro­ni­co­wy pod­gląd wy­dru­ku. Ostatnie dwie edyc­je prze­zna­czo­ne dla te­go sys­te­mu, 5.5 i 6.0, wpro­wa­dza­ły zu­peł­nie no­wy inter­fejs użyt­kow­ni­ka, ty­po­wy dla naj­now­szych pro­gra­mów fir­my i bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cy śro­do­wis­ko Win­dows.

Micro­soft Word w wer­sji dla sys­te­mu MS-DOS nig­dy nie był jed­nak w Polsce szcze­gól­nie po­pu­lar­ny. O ile mi wia­do­mo, edy­to­ra te­go uży­wa­ły nie­któ­re re­dak­cje „Gazety Wyborczej”, przy­go­to­wu­jąc za je­go po­mo­cą wkład do skła­du rea­li­zo­wa­ne­go za po­mo­cą Ventura Publisher. Powstała na­wet nie­ofic­jal­na wer­sja pro­gra­mu, opra­co­wa­na przez Rolanda Wacławka i naz­wa­na „Pelikan”, cha­rak­te­ry­zu­ją­ca się cał­ko­wi­cie spol­szczo­nym inter­fej­sem użyt­kow­ni­ka oraz peł­ną ob­słu­gą pol­skich zna­ków. W prze­cięt­nym do­mu lub biu­rze trud­no by­ło jed­nak szu­kać użyt­kow­ni­ków pro­gra­mu Word.

Sytuacja za­częła się zmie­niać wraz z upow­szech­nia­niem się śro­do­wis­ka Micro­soft Win­dows. Pierwsze wer­sje edy­to­ra Word dla te­go śro­do­wis­ka, ozna­czo­ne nu­me­ra­mi 1.0 i 1.1, by­ły jak na swo­je cza­sy dość funkcjo­nal­ne, a prze­de wszyst­kim nie­zmier­nie pros­te w ob­słu­dze. Podstawo­wym prob­le­mem by­ła jed­nak ich za­leż­ność od czcio­nek wbu­do­wa­nych w dru­kar­ki. Niewiele dru­ka­rek mia­ło wte­dy pol­skie zna­ki do­stęp­ne we wszyst­kich kro­jach pis­ma, bez ko­niecz­noś­ci ła­do­wa­nia de­fi­ni­cji przez użyt­kow­ni­ka. Co gor­sza, nie by­ło jed­ne­go stan­dar­du ko­do­wa­nia pol­skich zna­ków, a po stro­nie śro­do­wis­ka Win­dows bra­ko­wa­ło od­po­wied­nich de­fi­ni­cji ukła­du kla­wia­tu­ry oraz czcio­nek ekra­no­wych. Można by­ło pi­sać i dru­ko­wać, ale znów – nie po pol­sku, lecz po „pol­ska­we­mu”.

Edytor Micro­soft Word 1.1a dzia­ła­ją­cy w śro­do­wis­ku Micro­soft Win­dows 3.0

Świat nie stał jed­nak w miej­scu. Najpierw pre­mie­rę mia­ła wer­sja 2.0 edy­to­ra Word for Win­dows, du­żo no­wo­cze­śniej­sza, bar­dziej ele­ganc­ka, o wie­le bar­dziej funkcjo­nal­na i ko­rzy­sta­ją­ca ze wszyst­kich do­bro­dziejstw Win­dows w wer­sji 3.0. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie na pol­skim ryn­ku za­częły po­ja­wiać się też na­kład­ki po­zwa­la­ją­ce uzys­kać pol­skie zna­ki w śro­do­wis­ku Win­dows, tak na ekra­nie jak i na wy­dru­kach. W koń­cu ini­cja­ty­wę prze­jął sam pro­du­cent sys­te­mu, naj­pierw wy­pu­szcza­jąc wer­sję środ­ko­wo­euro­pej­ską Win­dows, a w koń­cu – peł­ną po­lo­ni­za­cję. Obydwie sprze­da­wa­ne by­ły w kom­ple­cie ze ska­lo­wal­ny­mi czcion­ka­mi True­Type za­wie­ra­ją­cy­mi pol­skie zna­ki, ob­słu­gi­wa­ły dwa róż­ne ukła­dy pol­skiej kla­wia­tu­ry, a dzię­ki pro­gra­mo­we­mu ge­ne­ro­wa­niu obra­zów czcio­nek i dru­ko­wa­niu w try­bie gra­ficz­nym – roz­wią­zy­wa­ły prob­lem moż­li­woś­ci dru­ka­rek.

Polscy użyt­kow­ni­cy nie mu­sie­li dłu­żej cze­kać. Wielu z nich mia­ło już kom­pu­te­ry, któ­re w mniej lub bar­dziej kom­for­to­wy spo­sób mog­ły dzia­łać w śro­do­wis­ku Win­dows 3.1, a Word 2.0 da­wał im du­żo wię­cej, niż wszyst­kie wcześ­niej­sze apli­kac­je. Potrafił łą­czyć tekst z gra­fi­ką, au­to­ma­ty­zo­wać do­ku­men­ty, two­rzyć ta­be­le, osa­dzać sche­ma­ty, dia­gra­my i szki­ce, oraz auto­ma­tycz­nie opra­co­wy­wać spi­sy treś­ci, ilu­stra­cji i ta­bel. Obsługiwał też two­rze­nie ob­szer­nych do­ku­men­tów na ba­zie wie­lu mniej­szych, a tak­że ko­res­pon­den­cję se­ryj­ną. I co z te­go, że dru­ko­wał w try­bie gra­ficz­nym, a więc rów­nie wol­no, co Chi­Wri­ter, sko­ro na wy­dru­ku mog­ły po­ja­wiać się pro­por­cjo­nal­ne czcion­ki do­wol­ne­go kro­ju i stop­nia, a tak­że – wi­docz­ne bez­po­śred­nio na ekra­nie, bez ko­niecz­noś­ci zga­dy­wa­nia ich po­ło­że­nia i roz­mia­ru – obra­zy. Tam, gdzie Chi­Wri­ter i TAG sta­ra­ły się przy­bli­żyć ideę WYSIWYG, Word for Win­dows re­ali­zo­wał ją w prak­ty­ce.

Micro­soft Word 2.0 szyb­ko stał się nie­ofic­jal­nym pol­skim stan­dar­dem, i to mi­mo dość póź­ne­go po­ja­wie­nia się pol­skiej wer­sji ję­zy­ko­wej, nie­do­sko­na­łej i nie­peł­nej zresz­tą. Trzymał się moc­no na­wet mi­mo szyb­kie­go wpro­wa­dze­nia dos­ko­nal­szej wer­sji 6.0, ce­chu­ją­cej się nie­ste­ty du­żo więk­szym za­po­trze­bo­wa­niem na pa­mięć opera­cyj­ną. Kompute­ry pol­skich użyt­kow­ni­ków po­pra­wi­ły się zna­czą­co do­pie­ro po pre­mie­rze Win­dows 95, któ­ra ob­ni­ży­ła świa­to­we ce­ny pa­mię­ci. Od te­go cza­su moż­na mó­wić już tyl­ko o tryum­fal­nym po­cho­dzie ko­lej­nych wer­sji edy­to­ra Word.

Edytor Micro­soft Word 2.0c dzia­ła­ją­cy w śro­do­wis­ku Micro­soft Win­dows 3.0

Jednym z czyn­ni­ków, któ­ry na pew­no przy­czy­nił się do tak sze­ro­kie­go spo­pu­la­ry­zo­wa­nia te­go edy­to­ra, by­ła łat­wość, z ja­ką moż­na by­ło prze­nieść go nie­le­gal­nie na in­ny kom­pu­ter. Początko­wo w Polsce nie ist­nia­ła praw­na ochro­na opro­gra­mo­wa­nia i każ­dy, kto chciał, mógł dys­po­no­wać swo­ją ko­pią śro­do­wis­ka Win­dows oraz edy­to­ra Word. Nawet już po uchwa­le­niu zmo­dy­fi­ko­wa­nej usta­wy o ochro­nie praw autor­skich, fir­ma Micro­soft nie sta­ra­ła się spe­cjal­nie dys­cyp­li­no­wać użyt­kow­ni­ków swo­ich pro­gra­mów, ogra­ni­cza­jąc się do okre­so­wych kon­tro­li w du­żych przed­się­bior­stwach. Jednak wraz ze zdo­by­wa­niem mo­no­po­li­stycz­nej po­zyc­ji na ryn­ku na­si­la­ły się sta­ra­nia, by wszyst­kie ko­pie opro­gra­mo­wa­nia by­ły le­gal­ne, a w la­tach 2001-2002 wpro­wa­dzo­no obo­wią­zek inter­ne­to­wej lub te­le­fo­nicz­nej akty­wa­cji li­cen­cji naj­pierw w przy­pad­ku sys­te­mu Win­dows, a póź­niej – pa­kie­tu Office. Oczywiś­cie, za­bez­pie­cze­nie to nie by­ło w peł­ni sku­tecz­ne, jed­nak znie­chę­ci­ło więk­szość „prze­cięt­nych” pi­ra­tów.

Pod­su­mo­wa­nie

Z dzi­siej­sze­go punk­tu wi­dze­nia wszyst­kie wy­mie­nio­ne pro­gra­my, po­za de fac­to mo­no­po­li­stą w po­sta­ci edy­to­ra Micro­soft Word, nie ma­ją żad­ne­go zna­cze­nia ryn­ko­we­go i użyt­ko­we­go. W przy­pad­ku nie­któ­rych, jak Chi­Wri­ter czy TAG, po­dej­mo­wa­ne są wręcz ak­tyw­nie kro­ki ma­ją­ce na ce­lu za­bez­pie­cze­nie kopii pro­gra­mów, by nie uleg­ły utra­cie, oraz ze­bra­niu jak naj­więk­szej iloś­ci in­for­mac­ji o nich, pó­ki ży­ją jesz­cze ich auto­rzy. Inne, jak PL-Tekst, być mo­że za­gi­nę­ły już na zaw­sze.

Ciekawa jest jed­nak wie­dza o tym, jak użyt­kow­ni­cy ra­dzi­li so­bie na włas­ną rę­kę, sta­ra­jąc się zna­leźć roz­wią­za­nie prob­le­mu pi­sa­nia po pol­sku. Znajdowane środ­ki by­ły być mo­że ułom­ne, jed­nak realia, nie po­zwa­la­ją­ce na opra­co­wa­nie włas­nych, do­brych roz­wią­zań, nie­ja­ko wy­mu­sza­ły two­rze­nie pro­wi­zo­rek.

W za­pre­zen­to­wa­nej przez mnie his­torii moż­na wy­róż­nić trzy eta­py. W pierw­szym użyt­kow­ni­cy na­uczy­li się, jak do­sto­so­wać go­to­we pro­gra­my za­gra­nicz­ne do pi­sa­nia po pol­sku i roz­pro­pa­go­wa­li tę wie­dzę. Kopie zmo­dy­fi­ko­wa­nych pro­gra­mów krą­ży­ły sze­ro­ko i ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło, że ich auto­rzy nie do­sta­ją za to ani jed­ne­go do­la­ra. Cel uświę­cał środ­ki, a tym ce­lem by­ło pi­sa­nie po pol­sku bez stu­ko­tu czcio­nek ma­szy­ny o pa­pier.

Drugi etap roz­po­czął się mniej lub bar­dziej śmia­ły­mi i otwar­ty­mi spol­szcze­nia­mi ob­cych pro­gra­mów, któ­re na­stęp­nie zmie­ni­ły się w orygi­nal­ne już opra­co­wa­nia. Niektóre z tych prób da­ły mier­ne re­zul­ta­ty: wy­star­czy prze­czy­tać re­cen­zję edy­to­ra PL-Tekst opra­co­wa­ne­go przez Compu­ter Studio Kajkowscy. Do cał­kiem sku­tecz­nych po­lo­ni­za­cji na­le­ży za­li­czyć edy­to­ry Pismak (spol­szczo­ny i moc­no zmo­dy­fi­ko­wa­ny Chi­Wri­ter) oraz Pelikan (na­kład­ka spol­szcza­ją­ca Micro­soft Word). Natomiast jed­nym z naj­cen­niej­szych opra­co­wa­nych wów­czas pro­gra­mów był TAG, pe­reł­ka na pol­skim ryn­ku, pro­dukt naj­wyż­szej ja­koś­ci, ideal­nie do­sto­so­wa­ny do po­trzeb i moż­li­woś­ci pol­skie­go użyt­kow­ni­ka.

Cóż jed­nak z te­go, jeś­li pol­skie pro­gra­my umie­ra­ły od tej sa­mej cho­ro­by, któ­ra tyl­ko do­ty­ka­ła za­gra­nicz­ne pro­duk­ty. Autorzy pro­gra­mów Chi­Wri­terWordPerfect pew­nie chcie­li­by za­ra­biać na pol­skim ryn­ku, jed­nak przez dłu­gi czas mog­li na­wet nie wie­dzieć, że ich pro­duk­ty są uży­wa­ne w Polsce. Nielegal­ne ko­pie szko­dzi­ły im, jed­nak nie odej­mo­wa­ły za­rob­ku cał­ko­wi­cie. Co in­ne­go z pols­ki­mi pro­gra­ma­mi. Na iro­nię za­kra­wa fakt, że by­ły one du­żo le­piej chro­nio­ne przed ko­pio­wa­niem niż pro­gra­my za­chod­nie, a w ich ko­dzie za­szy­te by­ły częs­to za­szyf­ro­wa­ne, in­dy­wi­dual­ne nu­me­ry se­ryj­ne oraz naz­wis­ka użyt­kow­ni­ków, by jak naj­łat­wiej wy­tro­pić źród­ło da­nej kopii. Mimo to, pro­du­cen­ci led­wo co mog­li utrzy­mać się ze swo­jej dzia­łal­no­ści, nie mó­wiąc już o in­we­sto­wa­niu w nad­cho­dzą­cą no­wą erę Win­dows.

I gdy pol­scy użyt­kow­ni­cy prze­sied­li się już na lep­sze kom­pu­te­ry, za­in­sta­lo­wa­li (kra­dzio­ne, a jak­że) ko­pie śro­do­wis­ka Win­dows i do­wie­dzie­li się, że na­da­je się ono do­sko­na­le do pi­sa­nia tek­stów – na ryn­ku nie tyl­ko nie by­ło ani jed­ne­go pol­skie­go edy­to­ra tek­stów dla Win­dows, ale też nikt nie pro­wa­dził in­ten­syw­nych prac nad je­go opra­co­wa­niem. Micro­soft Word nie zdo­by­wał ryn­ku ak­tyw­ną wal­ką z kon­ku­ren­cją, lecz cze­ka­jąc na jej sa­mo­ist­ne wy­mar­cie. Nastała trze­cia epo­ka, w któ­rej użyt­kow­ni­cy sa­mi ska­za­li się na je­den je­dy­ny pro­dukt, nie wie­dząc przy tym jesz­cze, że w pew­nym mo­men­cie je­go dal­sze swo­bod­ne i bez­kar­ne ko­pio­wa­nie prze­sta­nie być moż­li­we.

Dzisiaj naj­bar­dziej po­win­no być nam smut­no, że mi­mo do­sko­na­łej opi­nii, ja­ką cie­szą się od lat pol­scy pro­gra­miś­ci, nie ma­my żad­ne­go po­pu­lar­ne­go, roz­wi­ja­ne­go od lat pol­skie­go edy­to­ra tek­stów. Wszystkie pró­by, któ­re by­ły w tym kie­run­ku po­dej­mo­wa­ne, za­koń­czy­ły się po­raż­ką w star­ciu z użyt­kow­ni­ka­mi kom­pu­te­rów ko­piu­ją­cy­mi pro­gra­my bez oglą­da­nia się na pra­wa autor­skie. Nie po­ma­ga­ły tu żad­ne za­bez­pie­cze­nia. Słabo za­bez­pie­czo­ny przed ko­pio­wa­niem TAG zdo­był cał­kiem spo­rą po­pu­lar­ność, jed­nak nie dał pro­du­cen­to­wi do­cho­du, któ­ry poz­wo­lił­by in­we­sto­wać w przy­szłość pro­gra­mu. Z kolei świet­nie chro­nio­ny PL-Tekst nie sprze­da­wał się pra­wie w ogó­le, gdyż wszys­cy, włącz­nie z pra­cow­ni­ka­mi pań­stwo­wych przed­się­biorstw i in­sty­tu­cji, wo­le­li pra­co­wać na sko­pio­wa­nej za dar­mo kopii pro­gra­mu Chi­Wri­ter.


Powyższy ar­ty­kuł zo­stał na­pi­sa­ny za po­mo­cą edy­to­ra Chi­Wri­ter w wer­sji 3.11, do­sto­so­wa­nej do ob­słu­gi pol­skich zna­ków. Ponie­waż for­mat za­pi­su pli­ków te­go edy­to­ra jest pros­ty i przej­rzy­sty (być mo­że na­pi­szę o tym kie­dyś osob­ny tekst), na­pi­sa­nie pro­gra­mu od­czy­tu­ją­ce­go pli­ki *.CHI i prze­kształ­ca­ją­ce­go je na do­wol­ną no­wo­czes­ną po­stać by­ło kwe­stią dwóch dni pra­cy. Choć oczy­wiś­cie nie mam za­mia­ru ni­ko­mu po­le­cać ko­rzy­sta­nia z tak ar­chaicz­ne­go na­rzę­dzia, po­ka­zu­je to, że trzy­dzie­sto­let­ni już pro­gram wciąż mo­że słu­żyć do po­ży­tecz­nej, krea­tyw­nej pra­cy. Zawsze naj­bar­dziej się bo­wiem li­czy nie to, czym się pra­cu­je, lecz ja­ki jest efekt tej pra­cy.


Znakomity artykuł, warto przypomnieć sobie kawałek historii.

"Dzisiaj naj­bar­dziej po­win­no być nam smut­no, że mi­mo do­sko­na­łej opi­nii, ja­ką cie­szą się od lat pol­scy pro­gra­miś­ci, nie ma­my żad­ne­go po­pu­lar­ne­go, roz­wi­ja­ne­go od lat pol­skie­go edy­to­ra tek­stów."

Teraz w ogóle brakuje dobrych i darmowych programów, które robiłyby to samo co kiedyś robiły programy komercyjne.
Bardzo się cieszę, że mój tekst Ci się tak spodobał. Zachęcam do lektury innych artykułów oraz dzielenia się tekstem ze znajomymi!

Co do dobrych i darmowych programów, to trzeba wziąć pod uwagę, że mało kto będzie miał chęć i możliwości, by tworzyć programy o profesjonalnej jakości, a mimo to darmowe. Można w tym zakresie liczyć jedynie na środowiska open-source, które dzięki dużej liczbie uczestników rozwiązują problem czasu, zasobów, a czasem i finansowania pracy.

Bardziej bym się martwił jednak tym, że w ogóle programy wcale nie mają te tysiące razy większej funkcjonalności, co kiedyś, a za to o wiele większe wymagania wobec komputera, systemu operacyjnego i zasilania. Oczywiście, jest to niezmiernie przydatne w momencie, gdy trzeba wykonać jakąś naprawdę poważną pracę. Jednak do napisania listu lub wypracowania absolutnie wystarczyłby wspomniany Word 2.0 pracujący pod kontrolą Windows 3.1 PL :)

Zresztą, George R. R. Martin korzysta w swojej pracy pisarskiej z "antycznego" edytora WordStar (w Polsce był on dość mało popularny, stąd nie został wymieniony w moim artykule) i nie przeszkodziło mu to całkiem nieźle zarobić na efektach tej pracy.
Nie tylko polscy producenci przegrali z duopolem. Zniknął np. Lotus z edytorem AmiPro.
Zgadza się. Samna/Lotus Ami Pro (Word Pro) to był naprawdę dobry edytor tekstu. Również w Polsce miał swój krótki moment popularności, choć bardzo szybko przegrał z Wordem 2.0. Przyczyniło się do tego być może też to, że Ami Pro było ukierunkowane bardziej na "małe DTP" niż edycję długich tekstów. Świetnie się w tym programie składało małe gazetki czy ulotki, za to napisanie długiego i mocno zautomatyzowanego tekstu było dużo trudniejsze. Choć, trzeba przyznać, mechanizm szablonów stylu w Ami Pro był rewelacyjny.

Popularnych edytorów tekstu było kiedyś co najmniej kilkanaście jednocześnie. Później sprowadziło się to do trójki Word, WordPerfect, Word Pro, potem zostały dwa pierwsze, a potem już tylko sam Word. Ciekawa byłaby porządna analiza przyczyn takiego stanu. Czy odpowiada za to brak otwartego standardu dokumentów, dzięki któremu nie liczyłoby się to, jakiego edytora się używa? Czy tylko lenistwo użytkowników, chcących nie mieć problemów i używających tego samego programu, który mają w pracy lub u znajomych?
Zgadzam się. AmiPro pozwalało na naprawdę proste mieszanie grafiki z tekstem, oraz pozycjonowanie tekstu na stronie. Word dorobił się podobnych mozliwości kilka lat później, chyba w wersji 6.0. Wcześniej to była orka. Co do długich tekstów to musiałem złożyć kilkadziesiąt dokumentów po 350-600 stron w AmiPro i dało się to zrobić. Tylko wymagało to porządniejszej maszyny. Jak zbierałem stare pliki z dyskietek tworząc archiwum na domowym serwerku to okazało się że pliki są... tylko nie mam w czym je odtworzyć. Kilkaset dokumentów utworzonych w AmiPro i znacznie więcej w TAG'u. Próby zaimportowania do innych edytorów dały hmmm... ciekawe 'rezultaty'. Chyba zabrakło jakiejkolwiek 'otwartości' w standardach dokumentów. Zresztą małomiękcy do tej pory nie udostępnili pełnej specyfikacji formatu .doc. A dokumenty office najlepiej przenosić razem z komputerem, monitorem i drukarką bo formatowanie lubi się zmienić...
Obsługa tak dużych dokumentów pod Windows zawsze wymagała potężnej maszyny :) Kiedyś generowałem indeks i spis treści dla ponad 600 stron w Wordzie 97 – na całkiem mocnym komputerze trwało to kilkanaście minut bodajże.

Co do formatu TAGa, to jest on opisany w Sieci i jest bodajże nawet dostępny skrypt w Pythonie służący do wyciągania tekstu z dokumentów. Mnie, niezależnie, też udało się "rozgryźć" format tego edytora i planuję napisanie artykułu na ten temat. Format jest na tyle prosty, że nawet mimo braku "otwartości" można bez problemu przetworzyć archiwa plików na bardziej strawny dla obecnych komputerów i programów format.
Tylko po co te "polskie" edytory ktoś miałby pisać i kupować?
Weźcie też pod uwagę, że w czasach gdy powstawały polskie edytory to były problemy z czymś tak prostym jak polskie znaki na ekranie, na drukarce czy z polskim słownikiem w zachodnich programach. I wtedy takie polskie programy miały sens. Odkąd duże firmy softwareowe zaczęły sprzedawać polskie wersje to chyba nie ma sensu inwestować w namiastkę softu wielkich firm, które wydają grube pieniądze na rozwój. Pewnie jak ktoś mógłby zainwestować porównywalne pieniądze do MS żeby opracować pakiet konkurencyjny do MS Office to może by to miało sens (zauważcie, że MS Office ma praktycznie monopol także jako pakiet biurowy na Maca).
Korpo najczęściej mają MS Office i nie przejdą na nic innego jeszcze przez wiele lat. Niektóre przechodzą na chmurę Google i  mają jego pakiet. Ale to jak na razie jest dość mały odsetek.
Prywatni użytkownicy mają też MS Office bo jest w obniżonej cenie dla nich, dla studentów czy uczniów jeszcze bardziej obniżonej.
Jak ktoś już całkiem jednak nie chce wydawać pieniędzy na Office to ma LO/OO dostępne na licencji Open Source albo nawet darmowego chmurowego MS Office (jednak sporo ograniczonego do wersji instalowanej na PC czy Mac).

I ktoś widzi tu jakąś niszę? Nawet jakby piractwo sprowadzić do zera to kto miałby to kupować?
@mmm: Podnosisz właśnie jeden z najważniejszych problemów: monopolizację rynku i brak konkurencji. Kiedyś było dwadzieścia różnych edytorów tekstu i każdy mógł wybrać to, co mu najbardziej odpowiadało. Dodatkowo, ponieważ producenci nie mieli komfortowej sytuacji rynkowej, walczyli o klienta dostosowaniem do specyficznych potrzeb grup użytkowników oraz możliwością wymieniania się dokumentami w standardowych formatach.

Dzisiaj mamy monopol Worda przełamywany w zasadzie jeszcze gorszą opcją Google Documents, bo rozwiązania chmurowe wiążą się z utratą "posiadania" pliku i w efekcie łatwego otwierania go w konkurencyjnych produktach.

Należałoby się zastanowić, skąd wzięła się taka monopolizacja i czy jest możliwe jej zwalczenie. Obawiam się, że można by to zrobić jedynie odgórnie, tak jak kiedyś zostały ustawami rozbite wielkie monopole w innych częściach rynku.

Najbardziej brakuje nam tego, o czym pisze @Robert, tzn. otwartych standardów wymiany informacji. Gdyby istniał szeroko rozpowszechniony format dokumentu tekstowego obsługujący wszystko, co sobie tylko można wymyślić, nie miałoby znaczenia to, że w firmie jest Word, a w domu mam WordPerfecta czy LibreOffice. A tak większość pędem owiec kupuje Worda, "bo inaczej będzie problem z otwieraniem dokumentów".
Tyle, że prawie monopol MS Office nie powstał bo ktoś tak zdecydował a narodził się niejako naturalnie przez wybór użytkowników w czasach kiedy jeszcze jakiś wybór mieli. Oczywiście nie jest on niczym gwarantowany. Wiele mieliśmy takich prawie monopoli w dziedzinie informatyki, choćby jeszcze parę lat temu Symbian wydawał się mieć niezagrożoną pozycję jako system dla urządzeń przenośnych i był trochę podgryzany przez Winodows CE. Dzisiaj obydwa te systemy to nisza... Kto wie czy za trochę nie będzie tak z MS Office.
Z drugiej strony trochę używałem OO a jako korpo szczur w pracy mam MS Office i nie miałem problemów z przeniesieniem danych. Choć muszę przyznać, że dokumenty zarówno tekstowe jak i arkusz nie były zbut skomplikowane.
A znowu w systemach unixowych praktycznie króluje Linux i też właściwie nie ma wyboru. Kiedyś można było mieć Solarisa/SunOs, HP-UX, AIX czy jeszcze inne a dzisiaj nawet jak te systemy niby są dostępne to praktycznie i tak zostanie wybrany Linux.
@mmm: Wskazujesz tutaj dość negatywną rolę użytkowników w tworzeniu się takich monopoli. Należałoby się zastanowić, czy dałoby się przeciwdziałać jakoś takim zjawiskom. Monopole są bardzo szkodliwe dla samych użytkowników, choć na początku wydają się im mega-wygodne.

Mimo wszystko nie widzę możliwości, by monopol Microsoft Office tak szybko zniknął. Mają za duży udział w rynku i za dużą bezwładność. Jedynym zagrożeniem mogłoby być Google Docs, ale Microsoft szybko zareagował własnym Office 365 (i zresztą wpędził użytkowników w kolejną pułapkę, uniemożliwiając im korzystanie z oprogramowania w modelu "zapłać raz i używaj przez 10 kolejnych lat" i zmuszając do regularnego płacenia, czy używają, czy nie).

Kompatybilność LibreOffice/OpenOffice z Microsoft Office jest faktycznie dobra, ale nie idealna. Duże dokumenty zawierające pola, wyrażenia automatycznie wyliczane, odniesienia czy skomplikowane ostylowanie wciąż nie przenoszą się jednak niezawodnie i odwracalnie. Na szczęście przynajmniej zwykłe listy czy teksty, nawet z tabelami i obrazami, zazwyczaj – tak jak piszesz – nie sprawiają już żadnych kłopotów.
Trudno by przeciwdziałać takim monopolom. Załóżmy , że dziesięć firm tworzy jakiś program (np. edytor tekstu) a użytkownicy są super racjonalni. Jeden z programów będzie najlepszy. I to on zostanie wybrany przez racjonalnych użytkowników. W ten prosty sposób powstał monopol.
Jako dinozaur Internetu korzystałem jeszcze z wyszukiwarek Yahoo, Infoseek, Altavista i pewnie innych, których nazwy już nie pamiętam. Aż pojawił się Google i będąc od nich obiektywnie lepszym zmonopolizował wyszukiwanie. Ale czy powinienem szukać używając konkurencji tylko dlatego bo Google ma za dużą część tortu?
Jedynie co można chyba zrobić to jakieś przepisy odnośnie formatu danych, program ma wspierać eksport/import dobrze zdefiniowane formatu danych. Jeżeli nie wspiera to nie można go użyć np. w administracji. Polska pewnie jest za słaba by wymusić takie zachowanie na MS ale już na poziomie UE może by się udało.
Do głowy przyszedł mi jeszcze jeden powód monopolizacji: "Internet". W czasach gdy królowały opisywane edytory po program trzeba było iść do sklepu. A tam nie było pełnego wyboru (nawet w pirackich studiach). Więc czasami kupował się to co było. Dzisiaj gdy cyfrowa dystrybucja dominuje to praktycznie dowolny soft mamy na kilka kliknięć. Zwycięzca bierze wszystko.
Jeszcze jeden czynnik pozwalał chyba powstać polskim edytorom czy innym programom mającym dobre odpowiedniki na świecie. Wielkie koncerny nie zauważały Polski i jej rynku. Np. dawno temu używałem komunikatora ICQ który nie miał polskiego interfejsu. Mi i znajomym ze studiów to nie przeszkadzało, ale coraz więcej osób bez znajomości angielskiego korzystało z Internetu. Dlatego zaistniało GaduGadu. A my chcąc mieć z nimi kontakt też instalowaliśmy GG. Dziś trudniej wprowadzić na rynek odpowiednik softu wielkiej korporacji bo język polski w sofcie popularnym jest już normalną sytuacją.
@mmm: Zgadzam się ze wszystkim, dopisałbym tylko, że mimo wszystko w sytuacji, gdy potrzeby użytkowników różnią się w jakimś zakresie, zawsze jest miejsce na różne produkty. Nawet dzisiaj część ludzi, szczególnie związanych z matematyką, fizyką i chemią (dawna grupa docelowa dla ChiWritera!) szeroko omija Microsoft Word i pisze w TeXu, mimo mniejszej "wygody" tego środowiska, bo Word nigdy nie da takiego zakresu automatyzacji dokumentu czy umieszczania w nim skomplikowanych wzorów.

Przepisy dotyczące formatu danych mogłyby być faktycznie dobrym rozwiązaniem. Musiałyby być tylko skuteczne i rozsądne. Polskie rozwiązania w tym zakresie, ograniczające się w zasadzie do promowania XML i Unikodu, są zbyt mało konkretne.

Internet faktycznie może być jedną z przyczyn zmniejszenia konkurencji, ale z drugiej strony równie dobrze mógłby ją wspierać. Łatwiej bowiem przez niego kupić dowolny program który spełnia nasze potrzeby, nawet jeżeli nie byłoby go w normalnym sklepie. Ale ten sam Internet nauczył też ludzi, że dobry program kosztuje kilka dolarów w sklepie Apple czy Google i oduczył ich wydawania kilkuset dolarów na pakiet biurowy.

GG miało swoją drogą kilka innych zalet dla polskiego użytkownika, niż sam interfejs. O ile pamiętam, GG zaczynało jako narzędzie do darmowego wysyłania SMSów przez bramki internetowe, później dopiero stając się pełnoprawnym komunikatorem. Zyskało rozpędu na funkcjonalności, której ludzie potrzebowali, a której ICQ nie miało. I umarło szybko w momencie, gdy ludzie zaczęli "siedzieć na Facebooku", a wysyłanie SMSów z komputera przestało być w ogóle potrzebne.

Swoją drogą, ICQ i GG utrzymałyby się pewnie dużo dłużej, gdyby korzystały właśnie z jednego wspólnego protokołu komunikacji, który zostałby również później obsłużony przez Facebooka i inne serwisy społecznościowe.
Jeżeli chodzi o edytory:
 – Word 2.0 polsku, w porównaniu do innych programów, szczególnie klonów, był zrobiony bardzo profesjonalnie.
 – Pamiętam Windowsowy edytor QR-Tekst, który miał jedną zaletę: Utrudniał zniszczenie pliku przy pracy w sieci – notoryczne było wówczas pisanie "komputer po komputerze" i zmiany tych, którzy nie zapisali ginęły w odmętach kolejnych zapisów, a tutaj nagle pojawiła się opcja "Zapisz zmiany jako" oraz "Przeładuj stronę". Kolaboracyjna edycja to nie była, ale dzień pracy nad dokumentem nie poszedł w buraki gdy ktoś, kto edytował wczoraj postanowił jednak później usunąć jakąś kropkę.
 – Klony ChiWritera. Ja pamiętam np. Poltekst – były one nie tylko spolonizowanymi kopiami (choć i takie się zdarzały), ale w zasadzie przepisanym softem na podstawie deasemblacji – stąd różniły się opcjami, a w niektórych przypadkach niby ten sam tekst wyglądał otwarty na innym edytorze "nieco" dziwnie.
 – Kto uskutecznił polonizację WP51 we wczesnych latach 90-tych nie wiem, ale była ona również szeroko stosowana.
1. Zgadzam się, Word od początku był pisany z myślą o rynku biznesowym i charakteryzował się może nie największymi możliwościami, ale prostym podejściem do tworzenia tekstu i względnie niezawodnym działaniem. Choć też nie można powiedzieć, by był całkowicie bezawaryjny. Swoją drogą, z polskich programów TAG był niezmiernie niezawodny, nigdy chyba nie zdarzyło mi się, żeby się zawiesił lub uszkodził plik.

2. QR-Tekst był przez chwilę dość popularny, aczkolwiek nie tak jak inne opisywane przeze mnie programy. Dość powiedzieć, że nigdy ani nie dotarła do mnie jego kopia, ani nawet nie widziałem go w działaniu u kogokolwiek. Wydaje mi się jednak, że powstała nawet jakaś wersja dla środowiska Windows, próbująca jeszcze walczyć z Wordem.

3. Innych klonów niż Pismak nie kojarzę, aczkolwiek chętnie bym się o nich więcej dowiedział. Może nawet artykuł o wszystkich klonach ChiWritera by można stworzyć? :)

4. Z polonizacją WordPerfecta się nie spotkałem akurat.
Był jeszcze XLedit i słowo. Ten pierwszy był prymitywny, kosztował chyba 150000zl, ale polskie czcionki drukował dobrze. Słowa nie widziałem na własne oczy. Tag nie był superstabilny, czasem sie wywalł (miałem 1.64 i chyba 2.00). Wydaje mi sie że word 1.1 na drukarce lc 200 bez polskich fontów umiał graficznie drukowac polskie znaki. Na pewno write z win 3.0 i 3.1 umiał drukować polskie czcionki. Troche później dodawany np. do drukarek lotus word pro też był bardzo dobry.
Tych dwóch akurat nie znałem. I Google nie znajduje też jakichś jednoznacznych odnośników do nich.

Co do drukowania polskich znaków przez Worda 1.x: pod Windows 3.1 mógł drukować oczywiście czcionki TrueType. Pod Windows 3.0 mógł korzystać z czcionek rastrowych Windows (podobnie jak Write) pod warunkiem, że zostały zainstalowane zmodyfikowane czcionki z polskimi znakami (krążyły takie). Jednak w tym przypadku jakość wydruku była zazwyczaj fatalna, dużo gorsza niż pozwalała na to drukarka, z wyraźną strukturą rastrową liter. Dużo lepszą jakość wydruku pozwalały osiągnąć w tym przypadku ChiWriter i TAG.

Natomiast gdy używało się czcionek TrueType (Windows 3.1 i nowsze), to już niezależnie od wersji Worda efekt był dobry (przynajmniej jak na możliwości drukarki).
https://ieeexplore.ieee.org/document/8621031

To artykuł o tym samym – z tym że opublikowany w IEEE Annals of the History of Computing, więc za paywallem :/