

Pismo jest jednym z najstarszych przejawów rozwiniętej kultury. Nic dziwnego, że pisanie było jednym z pierwszych zadań, do których zaprzęgnięto komputery osobiste. Każdy naród chce jednak pisać w swoim języku i swoim alfabetem. Gdy zatem w Polsce zaczęły upowszechniać się komputery zgodne ze standardem IBM PC, ich użytkownicy zderzyli się z problemem zmuszenia amerykańskich komputerów do wyświetlania i drukowania polskich znaków.
Na szczęście nie było to niemożliwe, a za pierwszymi sukcesami przyszły następne. Kolejne generacje edytorów tekstu przystosowywano do języka polskiego, a w końcu sami producenci oprogramowania zaczęli dbać o to, by nie wykluczać polskich użytkowników.
Poniższy tekst przedstawia szkic historii edycji tekstu na komputerach klasy PC w Polsce. Pokazuje przy tym metody, jakimi chciano osiągnąć szczytny cel pisania po polsku. Niestety, metody te okazały się na dłuższą metę szkodliwe dla rynku i samych użytkowników.

ChiWriter był zbawieniem i przekleństwem pierwszych lat polskiej komputeryzacji. W tamtych czasach czymś dość normalnym i względnie łatwo akceptowalnym było jeszcze pisanie po „polskawemu”, to znaczy bez używania polskich znaków diakrytycznych. Jedynie co bardziej sumienni użytkownicy dorysowywali ręcznie brakujące „ogonki” na wydruku z komputera; pozostali uważali, że brak znaków diakrytycznych jest – i tak niską – ceną nowoczesności.
ChiWriter, dla odmiany, pozwolił użytkownikom komputerów klasy PC w domach i biurach pisać prawdziwie po polsku. Przy tym, dzięki pracy w trybie graficznym ekranu i drukarki, nie wymagał wprowadzania żadnych zmian w sprzęcie. Oryginalnie miało to pomóc naukowcom w pisaniu artykułów i książek zawierających tabele, diagramy, wzory chemiczne i matematyczne oraz liczne obce symbole. W Polsce szybko jednak dostrzeżono, że tymi symbolami mogą być równie dobrze polskie znaki, tak samo obce komputerom jak greka czy cyrylica.
Ta sama cecha, która zadecydowała o eksplozji popularności programu, stanowiła też jego największą słabość. Praca w trybie graficznym oznaczała kilkukrotnie niższe tempo odświeżania obrazu oraz drukowania tekstu. Nazwa programu pojawiała się w polskich czasopismach w treści recenzji każdego innego edytora tekstu: za każdym razem podkreślano, o ile dany program jest szybszy niż ChiWriter. Należy podziwiać cierpliwość ludzi, którzy w tempie kilku stron na godzinę, musząc ręcznie wkładać każdą kolejną kartkę do drukarki, byli w stanie wydrukować liczące kilkaset stron prace dyplomowe lub matryce książek.
Z dzisiejszej perspektywy ChiWriter nie jest też programem ergonomicznym czy wygodnym. Ponieważ obsługuje wprost jedynie ograniczony zakres znaków, polskie litery występują w odrębnej czcionce, co utrudnia nie tylko wyszukiwanie i zamianę tekstu czy globalną zmianę formatowania, ale też zwykłe pisanie. Poprawki nanoszone na istniejący tekst nie powodują jego automatycznego przeformatowania: w tym celu należy za każdym razem przejść na początek akapitu i nacisnąć Ctrl+F. Trudne jest też łączenie tekstu z grafiką: często najskuteczniejszym sposobem na osadzenie ilustracji było… pozostawienie wolnego miejsca w tekście, naklejenie grafiki na wydruk oraz odbicie kartki na powielaczu, by zespolić tekst z obrazem.
Wszystkie te wady miały jednak znaczenie drugorzędne. Najważniejsze było bowiem, że na każdym komputerze PC, z każdą drukarką mozaikową, można było pisać po polsku, z eleganckim formatowaniem i wyróżnieniami tekstu. Inżynierowie mogli wzbogacić tekst o tabele i wyliczenia, matematycy – o skomplikowane formuły zawierające wszystkie potrzebne symbole, a chemicy – o wielopoziomowe wzory lub nawet schematy budowy poszczególnych związków. Coś, co wcześniej wymagało cierpliwego poprawiania błędów wprowadzonych przez maszynistki oraz rysowania po gotowym maszynopisie, teraz można było przerzucić na komputer. Wydruk graficzny z kolei, choć powolny, charakteryzował się całkiem dobrą jakością nawet w przypadku użycia taniej drukarki 9-igłowej.

Największą popularność w Polsce zdobyły wersje 2.x oraz 3.x programu. Szeroko krążyła gotowa do użycia wersja z przygotowanymi już polskimi czcionkami. Choć ta piracka edycja nie zawierała, z oczywistych względów, żadnej dokumentacji poza wbudowaną pomocą, pustkę szybko zapełniły książki uczące korzystania z programu od podstaw.
Na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia rynek oprogramowania zaczął się profesjonalizować. Produkty tworzone przez pojedyncze osoby – a takim był ChiWriter – były w zasadzie skazane na porażkę. Autor programu, Cay Horstmann, próbował przenieść swoje dzieło na nowy poziom i w 1990 roku wydał znacząco udoskonaloną wersję 4.0. Była ona zbudowana na bazie uniwersalnego interpretera pseudo-języka programowania i zawierała wbudowane środowisko graficzne z możliwością tworzenia pól dialogowych. Całkowicie zmienił się format obsługiwanych plików, ale też olbrzymiej rozbudowie uległy możliwości formatowania. W nowej wersji edytor obsługiwał już czcionki zawierające znaki spoza zakresu dostępnych wprost na klawiaturze, automatycznie formatował akapity w czasie pisania i zawierał wbudowany generator tabel. Polscy użytkownicy nie docenili jednak nowych możliwości, tym bardziej, że upłynęło sporo czasu, zanim pojawiły się zestawy polskich czcionek w nowym formacie oraz narzędzia do skutecznej konwersji pism zapisanych w wersji 3.x edytora.
Podobnie zresztą, jak i reszta świata, polski rynek rozpoczął powolną migrację w kierunku środowiska Windows. I choć większość pisarzy wciąż uruchamiała jeden z edytorów pracujących w systemie MS-DOS, coraz częściej z nadzieją spoglądali oni na edytory działające w oknach Windows. Czekali tylko na moment, gdy polskie znaki – które zadecydowały o przypadkowej karierze edytora ChiWriter – pojawią się również na ekranach i wydrukach generowanych za pomocą nowych, „okienkowych” edytorów.
W czasie, gdy Cay Horstmann przygotowywał swoje dzieło do sprzedaży, dostępny był już edytor tekstu stworzony od podstaw z myślą o polskim użytkowniku. PL-Tekst powstał w Gdyni pod szyldem przedsiębiorstwa Computer Studio Kajkowscy i ujrzał światło dzienne pod koniec 1985 roku, a już rok później można było kupić wersję 2.2.
Podobnie jak ChiWriter, PL-Tekst rozwiązywał problem polskich znaków poprzez pracę w trybie graficznym. Jego autorzy poszli jednak o krok dalej i pokusili się o zaimplementowanie prostego graficznego interfejsu użytkownika. Poszczególne opcje programu wywoływało się za pomocą klawiszy funkcyjnych, których opis stanowiły ideogramy wyświetlane na ekranie. Być może miało to pomóc początkującym użytkownikom w odgadywaniu znaczenia poszczególnych funkcji. Może też miało ułatwić tworzenie wersji językowych oferowanych na innych rynkach. W owych czasach jednak, gdy jakość obrazu generowanego przez komputery była, delikatnie mówiąc, niska, a mysz jako wyposażenie komputera – w zasadzie niespotykana, oparcie komunikacji z użytkownikiem o ikony było decyzją co najmniej kontrowersyjną. Nic dziwnego, że autorzy recenzji programu jednogłośnie skrytykowali przyjęte rozwiązanie.
Nieczytelne i niejednoznaczne ikony były jednak najmniej kłopotliwym z „buraczków” edytora. Poważnych problemów mogło nastręczać bowiem już samo jego uruchomienie, utrudnione przez mechanizmy ochrony przed kopiowaniem, z powodu których programu nie można było przenieść ani na dysk twardy, ani na dyskietkę roboczą. Szwankowały procedury generowania obrazu, powodując znikanie części tekstu w trakcie pisania. Modyfikacja dokumentu mogła skutkować uszkadzaniem kodów sterujących, w efekcie czego zmianie ulegał układ tekstu lub zastosowane w nim czcionki.
Recenzenci zwracali też uwagę na inne błędy, rzadziej doskwierające użytkownikowi, lecz równie dotkliwe. Załączony podręcznik nie zawierał indeksu, a numery stron w spisie treści nie zawsze korelowały z treścią. Opis niektórych funkcji różnił się też od tego, z czym miał do czynienia użytkownik programu. Próba drukowania przy braku podłączonej drukarki kończyła się zawieszeniem programu i utratą nie zapisanych wcześniej zmian. Eksport tekstu do postaci czystego tekstu powodował całkowite odrzucenie polskich znaków i wstawienie w ich miejsce „polskawych” odpowiedników. Zapisywanie dokumentu na dyskietce w pewnych sytuacjach kończyło się usunięciem całości tekstu. Wszystkie te „buraczki” można było poznać i nauczyć się omijać, jednak sama ich obecność powodowała, że trudno było pracować bez obaw o bezpieczeństwo swoich danych.

Mimo wszystkich wymienionych powyżej wad programu, firmie CSK należą się brawa za wystąpienie w roli pioniera. PL-Tekst miał być w założeniu przyjaznym, funkcjonalnym edytorem tekstu, czyniącym pracę z komputerem prostą i oczywistą. Program rozwiązywał całkowicie problem polskich znaków bez konieczności wprowadzania zmian sprzętowych. W pakiecie dostarczany był podstawowy komplet czcionek (wraz z cyrylicą), a dołączony edytor pozwalał stworzyć w razie potrzeby własne wzory. Przede wszystkim zaś, wbudowany słownik ortograficzny pozwalał zapomnieć o błędach w tekście i przyspieszyć przejście artykułu lub tekstu książki przez etap korekty.
Dzisiaj niestety bardzo trudno jest ocenić, jaki naprawdę był PL-Tekst. Program ten padł bowiem podwójną ofiarą piractwa komputerowego. Najpierw pokonał go ChiWriter, co prawda anglojęzyczny i pozbawiony polskiego słownika ortograficznego, jednak szeroko już rozpowszechniony, dużo bardziej niezawodny, a co najważniejsze – dostępny „za darmo”. Za indywidualnie numerowane kopie programu PL-Tekst trzeba było bowiem całkiem konkretnie płacić, a skomplikowany mechanizm zabezpieczający dość skutecznie zapobiegł nielegalnemu kopiowaniu. W efekcie edytor, już w swoich czasach mało popularny, być może na zawsze już zaginął, a jeżeli nawet gdzieś istnieje jego kopia, to bez poświęcenia czasu na usunięcie zabezpieczeń nie będzie jej można uruchomić.
ChiWriter stanowił proste i skuteczne, lecz dość ograniczone rozwiązanie problemu polskich znaków. Coraz lepszy sprzęt powodował jednak, że używanie trybu graficznego przestawało być niezbędne. Karty graficzne EGA i VGA pozwalały przecież przedefiniować zestaw znaków używanych w trybie tekstowym, a nowe drukarki miały wbudowaną funkcję programowania kształtu wybranych liter. Można było zatem pracować w szybkim trybie tekstowym, a mimo to widzieć polskie znaki na ekranie i wydruku.
Staremu „standardowi” zaczęła zatem zagrażać konkurencyjna grupa, preferująca edytor WordPerfect. Za programem stał duży, poważny producent, a każda nowa wersja wprowadzała znaczące rozszerzenia. Program potrafił korzystać z wielu czcionek oferowanych przez nowe drukarki, dzielić tekst na łamy, mieszać tekst z grafiką oraz wstawiać do dokumentów skomplikowane wzory.
Istotną cechą programu była jednak praca w mieszanym trybie tekstowo-graficznym. Obsługiwany zestaw znaków daleko wykraczał poza standard ASCII i zawierał wszystkie symbole niezbędne do zapisania tekstów w dowolnym języku europejskim. I choć język polski nie był obsługiwany wprost, każdy ze specyficznych dla niego dziewięciu znaków można było złożyć z właściwych symboli.

Co nawet bardziej istotne, rozbudowana konfiguracja programu pozwalała dostosować go do możliwości sprzętu. Bezpośrednio po instalacji, WordPerfect mógł drukować teksty zawierające wszystkie potrzebne symbole, jednak te, którymi drukarka nie dysponowała program budował nakładając na litery dodatkową warstwę grafiki. Choć drukowanie przebiegało w takim przypadku i tak szybciej, niż w przypadku edytora ChiWriter, spowolnienie było zauważalne, a jakość znaków ledwie satysfakcjonująca. Jeżeli jednak odpowiednie symbole zaprogramowało się wcześniej w pamięci ROM drukarki lub wgrało jako symbole dodatkowe, a w konfiguracji edytora podało się, jakie dodatkowe znaki są dostępne bezpośrednio, edytor mógł drukować w „czystym” trybie tekstowym, z pełną szybkością.
Ostatnia naprawdę popularna wersja edytora, opatrzona numerem 5.1, dostępna była na wielu platformach sprzętowych i programowych. Dysponowała możliwościami dalece wykraczającymi poza to, co mógł zaoferować ChiWriter. Doświadczeni użytkownicy byli w stanie korzystać z programu jako prostego środowiska klasy desktop publishing, tworząc w nim biuletyny, książki oraz pisma o skomplikowanym układzie. Wymieniali się też oni wiedzą o dostosowywaniu edytora do sprzętu oraz potrzeb, zarówno w książkach, jak i w popularnej prasie. Teksty poświęcone edytorowi WordPerfect pojawiały się szczególnie często na przykład na łamach dwutygodnika PC Kurier.
Jedną z najciekawszych funkcji edytora była opcja Reveal Codes. Za jej pomocą na ekranie można było jednocześnie obserwować sformatowany tekst, jak i wewnętrzny zapis dokumentu, uzupełniony kodami specjalnymi zmieniającymi formatowanie znaków i akapitów. Pozwalało to usunąć zbędne kody, uprościć globalne zmiany formatowania oraz umieszczać w tekście automatycznie wyliczane lub automatyzowane wyrażenia i odniesienia.

Producent programu miał wielkie plany w stosunku do swojego flagowego produktu. Wersja 6.0, która została wydana w 1993 roku, uległa całkowitej przebudowie i nawet w odmianie przeznaczonej dla systemu MS-DOS obsługiwała graficzny interfejs użytkownika zawierający rozwijane menu i paski narzędziowe, pozwalający pracować jednocześnie nad wieloma dokumentami wyświetlanymi w oddzielnych oknach. Intensywnie była też rozwijana wersja dla środowiska Windows. Jedno i drugie rozwiązanie nie spotkało się jednak z pozytywnym odzewem użytkowników: nowe wersje były dużo wolniejsze i miały znacznie wyższe wymagania sprzętowe, a wersja przeznaczona dla środowiska Windows nie była z nim dostatecznie dobrze zintegrowana.
Tym, co jednak ostatecznie dobiło edytor WordPerfect w Polsce, było pojawienie się wersji systemu Windows wyposażonej w czcionki TrueType z polskimi znakami, oraz programu Microsoft Word w wersji 2.0.
Polacy nie gęsi i swój język mają. A skoro ten język sprawiał komputerom tyle problemów, postanowili mieć również własny edytor tekstu, który radziłby sobie z nim dużo lepiej, niż na siłę wtłoczony w polskie realia ChiWriter. Tak powstał edytor TAG, napisany w gdańskiej spółdzielni InfoService.
W 1987 roku powstała pierwsza wersja programu, udowadniająca możliwość napisania edytora co prawda wyświetlającego tekst w trybie graficznym, lecz pracującego w tempie charakterystycznym dla edytorów tekstowych. W 1988 roku program zaczął być sprzedawany i w kolejnych latach rozwijał się dynamicznie, zyskując bazę użytkowników.
Jako produkt polski i przygotowany z myślą o polskim użytkowniku, TAG dysponował funkcjami, których nie było w edytorach tylko dostosowanych do wyświetlania i drukowania polskich znaków. Największą przewagę dawał obszerny i bardzo szybki słownik ortograficzny, pozwalający uniknąć błędów w dokumencie. Dostępny był też słownik wyrazów bliskoznacznych. Jednak to, co rzucało się w oczy bezpośrednio po uruchomieniu programu, to polskojęzyczny interfejs użytkownika. Wbrew pozorom, była to zmiana jakościowa. Pracownicy biur, dotychczas uczący się często na pamięć znaczenia niektórych poleceń edytorów tekstu, nagle mogli porozumiewać się z komputerem całkowicie po polsku. Nieprzypadkowo zresztą pierwsza plansza edytora, pozwalająca zarządzać dokumentami i wskazywać pliki do edycji i drukowania, przypominała ekran najpopularniejszej wówczas nakładki systemowej Norton Commander. Edytor TAG mógł wykonać większość zadań stawianych przed komputerem stojącym w sekretariacie – i do tego po polsku.

TAG dużo lepiej niż ChiWriter radził sobie również z drukowaniem. Choć w trybie wysokiej jakości także używał trybu graficznego drukarki, dzięki optymalizacji wydruku udawało mu się utrzymywać dużo wyższe tempo. Można było jednak nakazać drukowanie w trybie roboczym, w którym szybkość drukowania niewiele odbiegała od trybu tekstowego drukarki. W trybie tym nadal zachowane były wszystkie elementy formatowania tekstu.
Niezwykle ciekawym rozwiązaniem było wprowadzenie trybu konspektu dokumentu. Każdy dokument, choćby najmniejszy, składał się z jednego rozdziału. Struktura dokumentu była pokazywana na ekranie za każdym razem, gdy użytkownik otwierał nowy lub istniejący dokument; miało to motywować go do tworzenia kolejnych rozdziałów i podrozdziałów nie jako elementów ciągłego tekstu, lecz odrębnych jednostek organizacyjnych. Tak podzielony tekst program potrafił przetwarzać całościowo, na przykład automatycznie generując spisy. Niejako przy okazji funkcja ta zwiększała szybkość działania i umożliwiała pracę nad obszerniejszymi tekstami.
Tak samo, jak w przypadku innych edytorów działających w środowisku MS-DOS, sądnym dniem dla programu TAG było pojawienie się polskich znaków w środowisku Windows oraz rozpoczęcie masowego, acz nielegalnego powielania edytora Microsoft Word 2.0. Autorzy próbowali jeszcze walczyć, wprowadzając nowszą wersję programu upodabniającą się nieco do Windows, a także rozpoczynając prace nad wariantem programu natywnie działającym w Windows. Skończyło się jednak na planach i zapowiedziach, a TAG, zanim jeszcze zdążył na dobre zadomowić się w polskich biurach, został wyparty przez nowy „standard”. Niewielki w sumie zespół autorski nie miał szans w starciu z gigantem z Redmond.

Microsoft Word to program o bardzo bogatej historii. Jego pierwsze wersje działały pod kontrolą systemu MS-DOS w tekstowym lub pseudo-graficznym trybie pracy. W tym drugim przypadku, choć program nie pokazywał – jak to potrafił ChiWriter – różnych krojów pisma, przynajmniej w czytelny sposób wyróżniał fragmenty tekstu zapisane pogrubioną, pochyloną lub podkreśloną czcionką.
Firma Microsoft starała się też zdobyć swoim produktem inne rynki. Word był jednym z pierwszych graficznych edytorów tekstu dla komputerów Apple Macintosh. Tekstowy (a później i graficzny) wariant programu został też przeniesiony do systemu operacyjnego OS/2.
Edytor Word rozwijał się bardzo dynamicznie. Wersje 4.0 i 5.0, wciąż pracujące pod kontrolą MS-DOS, pozwalały mieszać tekst z grafiką, dzielić tekst na łamy oraz generować na ekranie pełnostronicowy podgląd wydruku. Ostatnie dwie edycje przeznaczone dla tego systemu, 5.5 i 6.0, wprowadzały zupełnie nowy interfejs użytkownika, typowy dla najnowszych programów firmy i bardziej przypominający środowisko Windows.
Microsoft Word w wersji dla systemu MS-DOS nigdy nie był jednak w Polsce szczególnie popularny. O ile mi wiadomo, edytora tego używały niektóre redakcje „Gazety Wyborczej”, przygotowując za jego pomocą wkład do składu realizowanego za pomocą Ventura Publisher. Powstała nawet nieoficjalna wersja programu, opracowana przez Rolanda Wacławka i nazwana „Pelikan”, charakteryzująca się całkowicie spolszczonym interfejsem użytkownika oraz pełną obsługą polskich znaków. W przeciętnym domu lub biurze trudno było jednak szukać użytkowników programu Word.
Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z upowszechnianiem się środowiska Microsoft Windows. Pierwsze wersje edytora Word dla tego środowiska, oznaczone numerami 1.0 i 1.1, były jak na swoje czasy dość funkcjonalne, a przede wszystkim niezmiernie proste w obsłudze. Podstawowym problemem była jednak ich zależność od czcionek wbudowanych w drukarki. Niewiele drukarek miało wtedy polskie znaki dostępne we wszystkich krojach pisma, bez konieczności ładowania definicji przez użytkownika. Co gorsza, nie było jednego standardu kodowania polskich znaków, a po stronie środowiska Windows brakowało odpowiednich definicji układu klawiatury oraz czcionek ekranowych. Można było pisać i drukować, ale znów – nie po polsku, lecz po „polskawemu”.

Świat nie stał jednak w miejscu. Najpierw premierę miała wersja 2.0 edytora Word for Windows, dużo nowocześniejsza, bardziej elegancka, o wiele bardziej funkcjonalna i korzystająca ze wszystkich dobrodziejstw Windows w wersji 3.0. Mniej więcej w tym samym czasie na polskim rynku zaczęły pojawiać się też nakładki pozwalające uzyskać polskie znaki w środowisku Windows, tak na ekranie jak i na wydrukach. W końcu inicjatywę przejął sam producent systemu, najpierw wypuszczając wersję środkowoeuropejską Windows, a w końcu – pełną polonizację. Obydwie sprzedawane były w komplecie ze skalowalnymi czcionkami TrueType zawierającymi polskie znaki, obsługiwały dwa różne układy polskiej klawiatury, a dzięki programowemu generowaniu obrazów czcionek i drukowaniu w trybie graficznym – rozwiązywały problem możliwości drukarek.
Polscy użytkownicy nie musieli dłużej czekać. Wielu z nich miało już komputery, które w mniej lub bardziej komfortowy sposób mogły działać w środowisku Windows 3.1, a Word 2.0 dawał im dużo więcej, niż wszystkie wcześniejsze aplikacje. Potrafił łączyć tekst z grafiką, automatyzować dokumenty, tworzyć tabele, osadzać schematy, diagramy i szkice, oraz automatycznie opracowywać spisy treści, ilustracji i tabel. Obsługiwał też tworzenie obszernych dokumentów na bazie wielu mniejszych, a także korespondencję seryjną. I co z tego, że drukował w trybie graficznym, a więc równie wolno, co ChiWriter, skoro na wydruku mogły pojawiać się proporcjonalne czcionki dowolnego kroju i stopnia, a także – widoczne bezpośrednio na ekranie, bez konieczności zgadywania ich położenia i rozmiaru – obrazy. Tam, gdzie ChiWriter i TAG starały się przybliżyć ideę WYSIWYG, Word for Windows realizował ją w praktyce.
Microsoft Word 2.0 szybko stał się nieoficjalnym polskim standardem, i to mimo dość późnego pojawienia się polskiej wersji językowej, niedoskonałej i niepełnej zresztą. Trzymał się mocno nawet mimo szybkiego wprowadzenia doskonalszej wersji 6.0, cechującej się niestety dużo większym zapotrzebowaniem na pamięć operacyjną. Komputery polskich użytkowników poprawiły się znacząco dopiero po premierze Windows 95, która obniżyła światowe ceny pamięci. Od tego czasu można mówić już tylko o tryumfalnym pochodzie kolejnych wersji edytora Word.

Jednym z czynników, który na pewno przyczynił się do tak szerokiego spopularyzowania tego edytora, była łatwość, z jaką można było przenieść go nielegalnie na inny komputer. Początkowo w Polsce nie istniała prawna ochrona oprogramowania i każdy, kto chciał, mógł dysponować swoją kopią środowiska Windows oraz edytora Word. Nawet już po uchwaleniu zmodyfikowanej ustawy o ochronie praw autorskich, firma Microsoft nie starała się specjalnie dyscyplinować użytkowników swoich programów, ograniczając się do okresowych kontroli w dużych przedsiębiorstwach. Jednak wraz ze zdobywaniem monopolistycznej pozycji na rynku nasilały się starania, by wszystkie kopie oprogramowania były legalne, a w latach 2001-2002 wprowadzono obowiązek internetowej lub telefonicznej aktywacji licencji najpierw w przypadku systemu Windows, a później – pakietu Office. Oczywiście, zabezpieczenie to nie było w pełni skuteczne, jednak zniechęciło większość „przeciętnych” piratów.
Z dzisiejszego punktu widzenia wszystkie wymienione programy, poza de facto monopolistą w postaci edytora Microsoft Word, nie mają żadnego znaczenia rynkowego i użytkowego. W przypadku niektórych, jak ChiWriter czy TAG, podejmowane są wręcz aktywnie kroki mające na celu zabezpieczenie kopii programów, by nie uległy utracie, oraz zebraniu jak największej ilości informacji o nich, póki żyją jeszcze ich autorzy. Inne, jak PL-Tekst, być może zaginęły już na zawsze.
Ciekawa jest jednak wiedza o tym, jak użytkownicy radzili sobie na własną rękę, starając się znaleźć rozwiązanie problemu pisania po polsku. Znajdowane środki były być może ułomne, jednak realia, nie pozwalające na opracowanie własnych, dobrych rozwiązań, niejako wymuszały tworzenie prowizorek.
W zaprezentowanej przez mnie historii można wyróżnić trzy etapy. W pierwszym użytkownicy nauczyli się, jak dostosować gotowe programy zagraniczne do pisania po polsku i rozpropagowali tę wiedzę. Kopie zmodyfikowanych programów krążyły szeroko i nikomu nie przeszkadzało, że ich autorzy nie dostają za to ani jednego dolara. Cel uświęcał środki, a tym celem było pisanie po polsku bez stukotu czcionek maszyny o papier.
Drugi etap rozpoczął się mniej lub bardziej śmiałymi i otwartymi spolszczeniami obcych programów, które następnie zmieniły się w oryginalne już opracowania. Niektóre z tych prób dały mierne rezultaty: wystarczy przeczytać recenzję edytora PL-Tekst opracowanego przez Computer Studio Kajkowscy. Do całkiem skutecznych polonizacji należy zaliczyć edytory Pismak (spolszczony i mocno zmodyfikowany ChiWriter) oraz Pelikan (nakładka spolszczająca Microsoft Word). Natomiast jednym z najcenniejszych opracowanych wówczas programów był TAG, perełka na polskim rynku, produkt najwyższej jakości, idealnie dostosowany do potrzeb i możliwości polskiego użytkownika.
Cóż jednak z tego, jeśli polskie programy umierały od tej samej choroby, która tylko dotykała zagraniczne produkty. Autorzy programów ChiWriter i WordPerfect pewnie chcieliby zarabiać na polskim rynku, jednak przez długi czas mogli nawet nie wiedzieć, że ich produkty są używane w Polsce. Nielegalne kopie szkodziły im, jednak nie odejmowały zarobku całkowicie. Co innego z polskimi programami. Na ironię zakrawa fakt, że były one dużo lepiej chronione przed kopiowaniem niż programy zachodnie, a w ich kodzie zaszyte były często zaszyfrowane, indywidualne numery seryjne oraz nazwiska użytkowników, by jak najłatwiej wytropić źródło danej kopii. Mimo to, producenci ledwo co mogli utrzymać się ze swojej działalności, nie mówiąc już o inwestowaniu w nadchodzącą nową erę Windows.
I gdy polscy użytkownicy przesiedli się już na lepsze komputery, zainstalowali (kradzione, a jakże) kopie środowiska Windows i dowiedzieli się, że nadaje się ono doskonale do pisania tekstów – na rynku nie tylko nie było ani jednego polskiego edytora tekstów dla Windows, ale też nikt nie prowadził intensywnych prac nad jego opracowaniem. Microsoft Word nie zdobywał rynku aktywną walką z konkurencją, lecz czekając na jej samoistne wymarcie. Nastała trzecia epoka, w której użytkownicy sami skazali się na jeden jedyny produkt, nie wiedząc przy tym jeszcze, że w pewnym momencie jego dalsze swobodne i bezkarne kopiowanie przestanie być możliwe.
Dzisiaj najbardziej powinno być nam smutno, że mimo doskonałej opinii, jaką cieszą się od lat polscy programiści, nie mamy żadnego popularnego, rozwijanego od lat polskiego edytora tekstów. Wszystkie próby, które były w tym kierunku podejmowane, zakończyły się porażką w starciu z użytkownikami komputerów kopiującymi programy bez oglądania się na prawa autorskie. Nie pomagały tu żadne zabezpieczenia. Słabo zabezpieczony przed kopiowaniem TAG zdobył całkiem sporą popularność, jednak nie dał producentowi dochodu, który pozwoliłby inwestować w przyszłość programu. Z kolei świetnie chroniony PL-Tekst nie sprzedawał się prawie w ogóle, gdyż wszyscy, włącznie z pracownikami państwowych przedsiębiorstw i instytucji, woleli pracować na skopiowanej za darmo kopii programu ChiWriter.
Powyższy artykuł został napisany za pomocą edytora ChiWriter w wersji 3.11, dostosowanej do obsługi polskich znaków. Ponieważ format zapisu plików tego edytora jest prosty i przejrzysty (być może napiszę o tym kiedyś osobny tekst), napisanie programu odczytującego pliki *.CHI i przekształcającego je na dowolną nowoczesną postać było kwestią dwóch dni pracy. Choć oczywiście nie mam zamiaru nikomu polecać korzystania z tak archaicznego narzędzia, pokazuje to, że trzydziestoletni już program wciąż może służyć do pożytecznej, kreatywnej pracy. Zawsze najbardziej się bowiem liczy nie to, czym się pracuje, lecz jaki jest efekt tej pracy.
"Dzisiaj najbardziej powinno być nam smutno, że mimo doskonałej opinii, jaką cieszą się od lat polscy programiści, nie mamy żadnego popularnego, rozwijanego od lat polskiego edytora tekstów."
Teraz w ogóle brakuje dobrych i darmowych programów, które robiłyby to samo co kiedyś robiły programy komercyjne.